Pozytywnie, ale...

Trzecie miejsce czwartoligowych piłkarzy Legionovii na mecie rozgrywek sezonu 2006/2007 uznać trzeba za wynik dobry.  Czy na miarę oczekiwań kibiców, aspiracji samych piłkarzy, ambicji  działaczy klubu?

Wydaje się, że przed sezonem plany sięgały nieco wyżej, czyli III ligi, w której – przypomnijmy - Legionovia  już dwukrotnie (dwa razy po trzy sezony) rywalizowała. Nawet po niezbyt udanej rundzie jesiennej (piąte miejsce, osiem punktów starty do Dolcanu) przebąkiwano, że jeśli nadarzy się okazja, to Legionovia postara się skorzystać z szansy i pokrzyżuje plany  faworytom rozgrywek, czyli Dolcanowi i Nadarzynowi. Jak się okazało, co innego – chcieć, a co innego móc to „chciejstwo” zrealizować. Skończyło się więc na niezłym trzecim miejscu, a III liga, a więc pierwszy stopień rozgrywek centralnych, okazał się dla zespołu trenera Włodzimierza Gnoińskiego nieosiągalny. Dlaczego tak się stało?
Przyczyn jest z pewnością kilka, od organizacyjnych poczynając, a na kadrowych kończąc. Od kiedy z nazwy klubu  wypadła literka – M (Miejski)  w największym i najstarszym klubie sportowym w mieście pojawiły się problemy. Miasto co prawda nadal łoży na zespoły młodzieżowe KS Legionovii, ale od innych spraw umywa ręce.  Mówiąc inaczej, tzw. wizytówka klubu, czyli pierwszy zespół seniorów - radzić powinien sobie sam.  I podobno sobie jakoś radzi...
KS Legionovia nie jest, nawet jak na IV ligę, ani potentatem finansowym,  ani sprawnie funkcjonującym organizmem, na miarę nowych wyzwań początków XXI wieku. Sportowa baza, od tego roku już tylko dzierżawiona przez klub, także pozostawia sporo do życzenia. O zwiększeniu jej funkcjonalności miejscowi decydenci stale tylko mówią i mówią...
Zatrzymajmy się na chwilę przy modelu funkcjonowania legionowskiego klubu. Delikatnie mówiąc jest archaiczny, bo czasy społecznikowskich działaczy, często z tzw. łapanki - odchodzą do lamusa. Oni mogą być tylko dodatkiem, do zorganizowanej jak przedsiębiorstwo machiny klubu. Sprawny dyrektor-menager, opłacany i rozliczany przez miasto, zrobi znacznie  więcej, niż ... czteroosobowy, społeczny zarząd, miotający się od ściany do ściany. Niby ci ludzie chcą coś zrobić, próbują szukać sponsorów, związać koniec z końcem, ale w sumie ich wysiłki wyglądają jak wyglądają – mizernie. Bez jasno sprecyzowanej strategii działania, planu na lata najbliższe, nadal będziemy świadkami swego rodzaju improwizacji z rundy na rundę, czy też , ujmując to bardziej złośliwie – pozorowanego działania w kręgu towarzystwa wzajemnej adoracji.
Czy kadrowo pierwszy zespół Legionovii przygotowany jest na III ligę? Niemal wszyscy trenerzy na tak postawione pytanie mają przygotowany refren - „Zespół wymaga wzmocnień”. Fakt. Drużyna trenera Gnoińskiego miała najlepszą w IV lidze defensywę (mimo że grającą  niemal przez całą rundę wiosenną bez kontuzjowanego S. Prusika), zupełnie niezłą   drugą linię (mimo że już bez P. Barchwica) i w linii ataku superstrzelca, który  sam zdobył 1/3  strzelonych przez zespół bramek. W sumie jest więc jakiś szkielet, trzon zespołu, ale potrzebne są... wspomniane wzmocnienia. Bramkarz, młodzieżowcy w każdej linii i co najmniej jeden napastnik, który odciążyłby i wspierał Rymbiewskiego. Taki moim zdaniem np. R. Eresaba, ze zdegradowanego Żbika Nasielsk, w Legionowie z pewnością by się przydał. Są więc pewne priorytety poszukiwań, ale co z nich wyniknie to już inna sprawa. Zwłaszcza w kontekście, tu będę złośliwy – „trafionych” kulą w płot transferów zimowych, a nawet i tych poprzednich. Na „wzmacnianie” zespołu rezerw klubu KS Legionovia – po prostu nie stać i mija się to z celem.
 W przyszłym sezonie, sezonie reform organizacyjnych w rodzimym futbolu, o awans do wyższej klasy rozgrywkowej będzie łatwiej, choćby z tego względu, że promowana będzie nie jedna drużyna, a klika. Więcej też jednak będzie z IV ligi tych drużyn spadać. Piszę to w kontekście tego co powyżej nie tylko, aby rozbudzać nadzieje, ale i ku przestrodze.  Rywalizacja będzie znacznie bardziej zacięta niż w minionym sezonie, kiedy to kilka zespołów, grając już praktycznie o nic – rozgrywki zwyczajnie odpuściło.
Jerzy Buze