30 lat pod legionowską siatką
Jest bez wątpienia jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci legionowskiego sportu. Zwłaszcza, choć nie tylko, sympatycy siatkówki w kobiecym wydaniu kojarzą pana Sławka jednoznacznie. Ostatnio wieść gminna niesie, że tegoroczny awans siatkarek LTS Legionovia do I ligi, awans – jak to się określa – przy „zielonym stoliku”, to w dużej mierze jego zasługa
Wiceprezes Mazowiecko–Warszawskiego Związku Piłki Siatkowej, komisarz Plus Ligi Kobiet, odpowiedzialny w Warszawskiej Federacji Sportu za siatkówkę młodzieżową, uśmiecha się nieznacznie słysząc te słowa.
Jasna sprawa awansu
– Z jednej strony to, że jestem ponoć wszechmogącym działaczem, miło łechce moją próżność, ale to nie jest prawda. Sprawa z awansem Legionovii do I ligi jest od samego początku prosta i jasna. Zarząd PZPS, zdając sobie sprawę, że niektóre kluby pierwszoligowe mają różnego rodzaju kłopoty – głównie finansowe – zaproponował, aby do 15 lipca zgłosili się chętni, którzy zastąpiliby tych, którzy wymogom pierwszoligowców nie mogą sprostać. Akces zgłosiły tylko dwa kluby: Jedynka Aleksandrów Łódzki i LTS Legionovia. Działacze Jedynki zdając sobie sprawę, że patrząc na sprawę od czysto sportowej strony stoją z nami na straconej pozycji (byli za LTS w tej samej grupie II ligi, ale to LTS został mistrzem tej grupy – przyp. red.), wykupili miejsce, pokrywając długi Piasta Szczecin. LTS czekał, aż rozstrzygnie się sytuacja Calisii, zespołu praktycznie już bez zawodniczek, na dodatek z nieuregulowanymi zobowiązaniami. Calisia nie poradziła sobie z problemami, więc zarząd PZPS podjął decyzję, że kaliski zespół w sezonie 2009/2010 zastąpi w I lidze LTS Legionovia. Decyzję jedynie możliwą, słuszną, sprawiedliwą. Przecież w turniejach barażowych o I ligę, dwukrotnie byliśmy na trzecim miejscu, za aktualnymi już pierwszoligowcami. Uszczypliwości, dwuznaczne komentowanie awansu LTS jest, w moim odczuciu, nie na miejscu. To sprawiedliwe rozstrzygnięcie w zaistniałej sytuacji – tłumaczy Sławomir Supa.
Skazany na sport
Pan Sławek pochodzi z Zegrza i jak sam mówi, od samego początku skazany był na sport, bo innej alternatywy dla młodych ludzi tam nie było. – Mało kto wie i pamięta, że oprócz siatkówki, w liczącym się wtedy klubie Mazowsze Zegrze, uprawiałem także żeglarstwo. Miałem przyjemność trzykrotnie reprezentować biało–czerwone barwy i na Międzynarodowych Mistrzostwach Węgier zdobyłem w klasie „Kadet”, wraz z Włodkiem Szymańskim, też siatkarzem, brązowy medal. Z czasem jednak miłość do siatkówki, mimo mojego nikczemnego wzrostu, wzięła górę nad żeglarstwem. Siatkarskiego abecadła uczył mnie Zbyszek Barański. Wraz z kolegami zdobyliśmy m.in. mistrzostwo Mazowsza szkół podstawowych, potem kolejne kroki w siatkówce młodzieżowej, następnie w zespole seniorskim Mazowsza. Zawsze grałem na pozycji rozgrywającego, z racji wspomnianego już wzrostu, chociaż skok dosiężny miałem zupełnie przyzwoity – mówi S. Supa.
Jak trafił do legionowskiej siatkówki? – To było w czasie odbywania przeze mnie zasadniczej służby wojskowej, kiedy grałem już w Mazowszu Zegrze, klubie w zasadzie LZS, ale silnie związanym z Wyższą Wojskową Szkołą Łączności, czyli z pionem wojskowym. Posiadałem już uprawnienia instruktora siatkarskiego i oddelegowano mnie do legionowskiego Liceum im. M. Konopnickiej, abym tam prowadził zajęcia z młodzieżą. Były to zajęcia pozalekcyjne, koedukacyjne – chłopcy trenowali siatkówkę razem z dziewczętami. Potem, przez trzy lata, a odnotował to legionowski kwartalnik „Nasze Legionowo”, miałem treningi siatkarskie z dziewczętami w SP nr 3. Niektóre z nich jak np. Małgosia Perdion, czy Małgosia Ciszek, do dziś są mieszkankami Legionowa. Potem w tej szkoleniowej działalności siatkarskiej, miałem kilkumiesięczną przerwę, ze względu na zawarcie związku małżeńskiego. W roku 1988 trafiłem do SP nr 8, do nowo oddanej właśnie tam sali gimnastycznej.
Zaczęło się w „ ósemce”
– To właśnie w „ósemce” – kontynuuje S. Supa – za sprawą bardzo przychylnej sportowi, a siatkówce w szczególności, pani dyrektor Mikołajczak, kładliśmy podwaliny pod dzisiejszą pozycję legionowskiej siatkówki. Mówię kładliśmy, bo treningi z dziewczętami prowadził już przede wszystkim Jacek Jutrzenka, a ja go tylko wspierałem, zacząłem się zajmować sprawami organizacyjnymi. To wtedy rozpoczęła się moda na siatkówkę wśród legionowskich dziewcząt. Tam w ósemce” zaczynały swą siatkarską, trwającą do dziś przygodę, takie dziewczyny jak: siostry Monika i Edyta Stępień, Paulina Bartkowiak, Marta Dąbrowska, Monika Nosarzewska…
– Była praca u podstaw, szybko przyszły pierwsze sukcesy. Magda Kędzierska w mini–siatkówce, bodaj w „trójkach” – wspomina pan Sławek – wygrała Warszawską Olimpiadę Młodzieży. Potem zespół Jacka Jutrzenki zdobył dwa złote medale WOM już w pełnym składzie, dwukrotnie też osiągał półfinały mistrzostwa kraju w kategorii młodziczek, raz za sprawą J. Jutrzenki, a drugi pod kierunkiem Andrzeja Doktorskiego, który po pewnym czasie dołączył do naszej szkoleniowej grupy. To były, aż do tego roku (młodziczki LTS trenowane przez Urszulę i Janusza Patriaków zdobyły wicemistrzostwo Polski – przyp. red.) nasze największe klubowe sukcesy dziewczęcej siatkówki młodzieżowej. Przyznaję samokrytycznie, że z tą pracą młodzieżową w podstaw, mieliśmy pewien okres zapaści, ale od czasu kiedy do klubu dołączył Janusz Patriak, wszystko znowu wróciło na właściwe tory. W bieżącym roku LTS Legionovia będzie drugim klubem na Mazowszu (po Sparcie Warszawa), jeśli chodzi o pracę z młodzieżą i zmieści się w pierwszej dziesiątce klubów krajowych – podkreśla nie bez dumy S. Supa, komplementując pracę zarządu LTS, z prezesem Jerzym Góreckim na czele.
W roli działacza
Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych S. Supa coraz bardziej odnajdował się w roli sportowego działacza. Takiego społecznika, który bez sportu żyć nie może, więc chodzi, organizuje, dogląda, zbiera fundusze i dokłada własną kasę do „ tego interesu”… – Kiedyś, to zbieranie pieniążków na sport było łatwiejsze. Wystarczyło się przejść „z kapeluszem” po sklepach przy ul. Piłsudskiego i już można było zorganizować jakiś turniej, wesprzeć młodzieżowy obóz. Dziś, przede wszystkim ze względów formalnych, różnego rodzaju przepisów, jest to znacznie trudniejsze – zauważa pan Sławek. Warto może dodać, że w tamtym okresie S. Supa był jednym z prekursorów sportowego sponsoringu w Legionowie. Na strojach naszych siatkarek pojawiło się logo „Maranty”, a więc kwiaciarni prowadzonej przez S. Supę.
Rosnąca operatywność sportowego działacza została dostrzeżona przez władze miasta. – W 1996 dostałem od Andrzeja Kicmana propozycję objęcia funkcji asystenta prezydenta ds. sportu miejskiego. Zdobyłem nowe doświadczenie w zakresie funkcjonowania struktur sportowych w ramach samorządu lokalnego, po raz pierwszy za swą pracę zacząłem otrzymywać wynagrodzenie – podkreśla Supa. Potem pan Sławek przez pewien okres prezesował, wtedy jeszcze Miejskiemu Klubowi Sportowemu „Legionovia”, a to wraz z coraz lepszymi wynikami i pracą u podstaw legionowskich siatkarek zostało dostrzeżone przez centralę, najpierw mazowieckiego, a następnie i krajowego związku siatkarskiego.
– Marzeniem, szczytem marzeń, siatkarskich działaczy MKS „Legionovia” był wtedy awans naszych dziewczyn do II ligi. Dopięliśmy tego w roku 2000, aby po trzech sezonach gry na drugim froncie, awansować po raz pierwszy, w sezonie 2003/2004, do I ligi! Dziewczyny grały już wtedy pod zmienionym klubowym szyldem Legionowskiego Towarzystwa Siatkówki „Legionovia” – mówi S. Supa.
Na własnym garnuszku
Dlaczego doszło do sportowego rozwodu piłkarzy z siatkarkami? – Kiedy prezesowałem MKS „Legionovii” starzy legionowscy działacze przekonywali mnie, że z piłką nożną nie należy walczyć, a nauczyć się z nią żyć. Tej dewizy starałem się trzymać. Potem jednak, kiedy w klubie stery przejął ktoś inny, a siatkarki zaczęły awansować w krajowej hierarchii, postanowiliśmy z grupką znajomych i przyjaciół zacząć działać samodzielnie. Jeśli nie wiadomo o co chodziło, to z pewnością poszło o pieniądze. Tak, my sympatycy siatkówki chcieliśmy być na swoim garnuszku i rozrachunku. Ale sentyment do Legionovii pozostał i w nazwie siatkarskiego stowarzyszenia pozostała „Legionovia” – podkreśla S. Supa.
Pan Sławek, choć doczekał się uznania i funkcji, zarówno w M–WZPS, jak i siatkarskiej centrali, nadal jest członkiem zarządu LTS „Legionovia”. Nie jest w legionowskim klubie tylko działaczem dekoracyjnym, takim działaczem pod krawatem od uroczystości, ale znając swoje miejsce w szyku, nie boi się też „czarnej roboty”. Można to było zauważyć podczas dwóch dużych imprez siatkarskich rozegranych w tym roku w Legionowie: finału mistrzostw Polski młodziczek i międzynarodowego turnieju „Mazovia Cup” kadetek. – Nie wszystko podczas tych imprez było jak należy. Komplementy gości cieszą, ale… W wąskim gronie działaczy, pomagającym nam rodzicom siatkarek, zdajemy sobie sprawę, że to i owo trzeba jeszcze w naszej pracy i staraniach poprawić – nie ukrywa pan Sławek.
Sportowe marzenia
– Moje marzenia jako działacza, dla którego sport jest jednocześnie i pasją, i życiem? Marzy mi się, aby już niedługo, przecież we wrześniu przyszłego roku ma być w mieście hala z prawdziwego zdarzenia, żeby Legionowo stało się taką „Mekką” siatkówki na Mazowszu, a może nawet szerzej – w kraju. Chciałbym, aby w naszym mieście można było organizować siatkarskie spotkania międzynarodowe na początek może juniorów, juniorek, może jakieś spotkania grupowe np. Memoriału Huberta Wagnera. Te bliższe, nie tylko zresztą moje plany i nadzieje, związane są z pierwszoligowymi występami zespołu Roberta Kupisza. Jestem pod wrażeniem jego trenerskiego warsztatu, zaangażowania dziewczyn podczas treningowych zajęć. I chociaż czasami zadaję sobie pytanie, czy nie popełniliśmy błędu taktycznego i z awansem do I ligi nie poczekaliśmy do następnego roku, to mocno wierzę, że dziewczyny na otwarcie hali widowiskowo–sportowej I ligę dla Legionowa utrzymają. Mamy, w moim przekonaniu, mocniejszy zespół niż w ubiegłym sezonie – nie traci optymizmu Sławomir Supa.
Jerzy Buze
Zdjęcie: Trochę pucharów w okresie dzialalnośći Sławomira Supy legionowskie siatkarki uzbierały
Fot. (jb)


