Trzeba wyciągnąć wnioski
Pierwsza edycja biegu ulicznego – „Legionowska Dycha” przeszła już do historii. Komplementowaliśmy doskonałą, jak na debiut, frekwencję w tej imprezie, sympatyczną atmosferę zawodów, ich oprawę i zlokalizowanie w centrum miasta, całą, na oko, furę nagród, także rzecz jasna ambitną postawę uczestników oraz ogromny wysiłek, w sumie garstki organizatorów. Dziś - trochę dziegciu w łyżce miodu
Nigdy nie może być przecież aż tak dobrze, żeby nie było lepiej. Nie da się przecież ukryć, że pewne niedociągnięcia były i wnioski z nich trzeba wyciągnąć. Tym bardziej, że organizatorzy „Legioniowskiej Dychy”, z dyr. Janem Skaklukiem na czele, pragną, aby te masowe zawody na stałe trafiły do kalendarza imprez nie tylko naszego miasta, ale i stały się tradycyjną, masową imprezą ogólnopolską.
Jak już podkreśliłem, generalnie uczestnicy (oni są przecież najważniejsi) „Legionowskiej Dychy byli z imprezy zadowoleni. Sympatykom biegania do szczęścia nie potrzeba przecież zbyt wiele. Dobrze oznakowana i zabezpieczona trasa (to było), atestowana ( bo chociaż biega się dla zdrowia i przyjemności, ale każdy ma jakieś ambicje, swoje rekordy do pobicia). Potrzeba też trochę sympatycznego zainteresowania i dopingu publiczności (tego też nie zabrakło), łyka wody dla ochłody i trochę strawy po wysiłku. Przebrać się – co równie ważne - było też gdzie, a nawet „toj-tojki” pojawiły się w centrum miasta. W każdej tego typu imprezie ważne są też drobne dowody uczestnictwa (dyplomy, okazjonalne koszulki, pamiątkowe nalepki, proporczyki, gadżety itd.), drobiazgi świadczące o tym, że się startowało i bieg ukończyło. To też niby było, ale nie dla wszystkich tych legionowskich souvenirów uczestnictwa starczyło. I nie chodzi w tym przypadku o medale i puchary dla najlepszych, zarówno w klasyfikacji generalnej, jak i poszczególnych kategoriach wiekowych, zawodowych…
Niedociągnięcia imprezy wynikały, naszym zadaniem, przede wszystkich z wysokiej frekwencji uczestników biegu głównego. Ich ilość zaskoczyła organizatorów. Zamiast spodziewanej setki, no może dwustu osób, na starcie stanęło ponad pół tysiąca sympatyków zmierzenia się z „Legionowską Dychą”, a niektórzy z nich niemal do ostatniej chwili dokonywali stosownych „wpisów meldunkowych”. To wywołało pewne komplikacje i perturbacje: poczynając od „zatoru” z kubeczkami na wodę, i zbyt długą kolejkę do jednego (?) punktu gastronomicznego z ciepłą strawę, a na słabej – delikatnie mówiąc – pracy komisji sędziowskiej kończąc. Sędziowie kasę za swoje usługi już dawno wzięli, a kompletnych, zweryfikowanych wyników „Legionowskiej Dychy” na portalu maratonypolskie.pl do dziś uczestnicy doczekać się nie mogą. „Praca” sędziów niepotrzebnie opóźniła trwającą w nieskończoność uroczystość zakończenia imprezy, rozdania nagród. Te sprawy są zdecydowanie do poprawki. Wypadałoby też lepiej, przy następnej edycji imprezy, zadbać o większe zainteresowanie „Leginowską Dychą” mediów centralnych. To chyba z wielu względów (m.in. promocyjnych) ważne dla naszego miasta.
W sumie więc mają chyba rację uczestnicy pisząc (oceniając), na wspomnianym portalu internetowym „Legionowską Dychę” m.in. tak:
Mario 72: „Ogólnie bieg zaliczam do bardzo udanych. Trasa trochę zakręcona i miejscami śliczna. Bardzo dobra do wyprzedzania długa prosta przed finiszem. Atmosfera wspaniała. Medal za pamiątkowy medal. Dukat „4 legiony” bardzo sympatyczny. Wspaniała grochówka. Natomiast konferansjerka przy wręczaniu nagród – porażka (…) II edycja powinna uwzględniać pomiar czasowy przy pomocy chipów, większą ilość przygotowanych medali oraz wcześniejsze wpłaty na konto. Będą wtedy mniejsze kolejki przed startem i mniejszy zamęt.”
Kees108: „Zgodzę się, że było dużo niedociągnięć, ale jak na debiut organizatorzy wzbudzili mój podziw. Zorganizowanie czegokolwiek w naszym kochanym kraju wymaga desperacji, a jeszcze frekwencja przekroczyła oczekiwania. Smutną sprawą była końcówka imprezy. Uważam, że cała heca z upominkami i sponsorami powinna trwać krócej, niż przebiegnięcie 10 kilometrów.”
(jb)
Zdjęcie: Serwowana przez organizatorów grochówka smakowała uczestnikom po przebiegnięciu 10 km. Przysiąść też jakoś się dało, tylko kolejka po ciepłą strawę była ciut za długa
Fot. DKBE


