Na półmetku (plus dwa mecze awansem z wiosny) rozgrywek sezonu 2014/2015 drugoligowi piłkarze KS Legionovia Legionowo zajmują 11. lokatę z dorobkiem 22 zdobytych punktów (6 zwycięstw, 4 remisy, 9 porażek). Nie da się ukryć, że znaleźli się w grupie ośmiu drużyn, z których tylko cztery zachowają, po rundzie rewanżowej, status drugoligowca. Zapowiada się nerwowa wiosna dla naszej drużyny i jej kibiców, bo nie da się ukryć, że Legionovia jest pod kreską i balansuje… Balansuje na krawędzi utrzymania i spadku
Nikt nie zapowiadał, że w zreformowanej (okrojonej liczebnie o połowę), jednej II lidze będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Przed startem rozgrywek włodarze klubu zapowiadali, że celem zespołu będzie utrzymanie w gronie drugoligowców. Czasami w wywiadach dodawali – spokojne utrzymanie. Do spokoju oczywiście daleko, ale walka trwa, a piłka jak wiadomo jest okrągła, drugoligowe rozgrywki wyrównane, bywają niespodziewane rozstrzygnięcia.
W drugiej połówce
Co by się jednak nie powiedziało, to po jesieni II liga podzieliła się na dwie części i Legionovia znalazła się niestety w tej dolnej grupie ośmiu drużyn, które wiosną (i latem) stoczą walkę o bezpieczne cztery lokaty. Bezpieczne, bo wszyscy, tak przynajmniej deklarują, chcą pozostać na centralnym stopniu rozgrywek piłkarskich. Nikt nie chce spadać do III-ligowej „otchłani”, z której wydostać się obecnie niezwykle trudno. Zanim kilka łyków drugoligowej, legionowskiej statystyki, także ocen futbolowej jesieni, trochę przypomnienia, rzutującego, nie tylko moim zdaniem, na aktualną postawę naszego zespołu.
Sezon 2013/2014, a więc rok reformowania II ligi, był dla rywalizujących wtedy jeszcze w dwóch grupach drużyn, sezonem z historycznym (prawie hamletowskim) wyzwaniem. Z 16 zespołów połówka żegnała się z II ligą. Po jesieni wydawało się, że pewniakiem do spadku jest Legionovia, która na półmetku rozgrywek zgromadziła zaledwie 21 punktów i zajmowała 12. lokatę. W legionowskim klubie przeżywającym wtedy organizacyjne zawirowania (prezes J. Głogowski) postanowiono podziękować trenerowi Markowi Papszunowi. Pojawił się nawet nowy szkoleniowiec, ale formalnie umowy nie podpisał. Przeproszono się, więc z M. Papszunem, a on wyzwanie podjął, nie bacząc na formę rozstania.
W nagrodę – do widzenia
Od marca 2014 roku stery w Legionovii przejął Dariusz Ziąbski. Animozje nowego prezesa z M. Paszynem, kiedyś kolegą, były tajemnicą poliszynela. Ziąbski postanowił jedak zatrzymać w klubie nowego-starego szkoleniowca. Złośliwi, ich nigdzie nie brakuje, twierdzili, że do czasu, bo dni szkoleniowca są policzone, tym bardziej, że spadek zespołu – pewny. Trener jednak, wraz ze stojącą za nim murem drużyną, dokonał sportowego „cudu”. Na wiosnę Legionovia grając, jak się wtedy podśmiewano, przeciwko zarządowi, utrzymała dla miasta II ligę. Po znakomitym finiszu zajęła 5. lokatę, gromadząc w całych rozgrywkach 54. punkty. Legionovia nie tylko nie spadła, ale w pewnym momencie „ocierała się” nawet o awans do I ligi. W „nagrodę” prezes Ziąbski wraz z wiceprezesem Sebastianem Dzisiewiczem „podziękowali” trenerowi Markowi Papszunowi. Prezesi twierdzili, że szkoleniowiec ma wygórowane żądania finansowe i „pluje” w własne gniazdo. Trener ripostuje, że podczas rozmowy „rozwiązującej umowę” o żadnych finansach nie było mowy, a jedyne słowa krytyki, jakie podły z jego ust, były potwierdzeniem faktów. On i jego zespół podczas rundy wiosennej zostali pozostawieni samym sobie. Dostęp do boisk podczas treningów zespól miał utrudniony, trener sam musiał zabiegać o takie boisko w… Krubinie.
Na miejsce M. Papszuna pojawił się szkoleniowiec i to aż ze Słowenii. Robertowi Pevnikowi, z dawnego składu zostało tylko kilku zawodników (m.in. Janusiński, Tlaga, Broniszewski, Goliński, Maciejewski), na miejsce tych, na których machnięto lekką ręką (m.in. Tomczyk, Czerkas, Stańczyk, Ryndak, Rybicki, Gurzęda, Pielak) i dwójki, która znalazła miejsce w wyższych ligach (Romańczuk, Calderon) zakontraktowano nowych piłkarzy. Podobno tańszych (w ramach oszczędności), czy lepszych?
Im dalej w las
Początkowo ta – jak mówiono – oszczędnościowa „rewolucja” w składzie przynosiła nadspodziewanie przyzwoite wyniki. Legionovia traciła mało bramek, gromadziła punkciki, kręciła się wokół środkowego, bezpiecznego miejsca w tabeli. Im dalej jednak w las, tym wyniki były coraz gorsze. Defensywa przypominać zaczęła szwajcarski ser, „zgrzytać” zaczęła pomoc, w ataku Legionovia nie miała czym straszyć. Kontuzje, kartki i wynikające stąd stałe rotacje składem sprawiły, że zespół Pevnika zaczął wyraźnie dryfować w dolne rejony tabeli. Niespodziewane zwycięstwo, w ostatnim „jesiennym” meczu w Sosnowcu tylko w niewielkim stopniu polepszyło sytuację. Na piętnaście spotkań przed zakończeniem rozgrywek sezonu 2014/2015 Legionovia jest w grupie ośmiu drużyn nad którymi wisi widmo spadku.
Naszym piłkarzom wyraźnie nie służyło własne boisko. Tylko 2 zwycięstwa, 3 remisy i 4 porażki. Bilans bramkowy: 11-12. O cztery punkty więcej legionowianie zdobyli w meczach wyjazdowych (4-1-5), przy remisowym bilansie bramkowym (13-13). Stosunek bramek strzelonych do straconych w całej rundzie na leciutkim minusie (24-25). Gole dla Legionovii zdobyło aż 13 piłkarzy, dwaj najlepsi strzelcy zespołu (Lewicki i Janusiński) zdobyli po 5 bramek.
Wróżenie z fusów
W sumie legionowskie statystyki, nie są ani dobre, ani też przesadnie złe. Tyle, że miejsce końcowe na półmetku z nich wynikające – „gorące”, nie pozwala na komfort spokojnej pracy w przerwie zimowej. Rok temu, mimo wspomnianych klubowych „turbulencji” trener M. Papszun potrafił odpowiednio przygotować Legionovię do udanej wiosny. Chciałoby się, żeby to samo zrobił słoweński szkoleniowiec. Za dużo jednak w legionowskim, drugoligowym równaniu niewiadomych, aby pokusić się o wróżenie z fusów.
Dopóki więc piłka w grze…Na większy optymizm, mnie nie stać.
Jerzy Buze
