20.lat przed Legią

 

Lament jest powszechny. Piłkarze mistrza Polski zmasakrowali na zielonej murawie Celitic, ale przy zielonym stoliku stracili prawo gry o Ligę Mistrzów. UEFA, powołując się na zasadę – dura lex, sed lex, przyznała Szkotom walkowera, ba na cztery minuty rewanżu w Edynburgu na boisku pojawił się zawodnik Legii, który nie powinien tam się znaleźć. Ktoś czegoś nie doczytał, nie dopatrzył… Jednym słowem: amatorszczyzna, dyletanctwo, pośmiewisko, wstyd, kompromitacja, niby profesjonalnego klubu, na całą Europę!

Zamiast wesela - pogrzeb, kibice na portalach internetowych mają „używanie”. Walą na odlew. Najdelikatniejsi sugerują, że potwierdza się stara prawda, iż baba w szatni to nieszczęście. Hajterzy i zwolennicy teorii spiskowych wcale nie retorycznie sugerują, że ktoś za te cztery minuty „przytulił” kilka zetów. Dostaje się też „mafijnej” europejskiej centrali, bo przed czterema laty, w podobnym (choć nie do końca) przypadku piłkarze węgierskiego Debreczyna za swój błąd zostali tylko ukarani finansową grzywną. Legia bez grzywny, ale kilka ładnych milionów przeszło jej koło nosa.
Dlaczego o tym piszemy na naszych lokalnych łamach? Otóż, nie tylko dlatego, że w Legionowie i okolicach sympatyków stołecznej „L-ki” bez liku. W kwestii liczenia kartek i wpisywania do meczowych protokołów tych, co powinni się tam pojawić, także nasza Legionovia ma swoje osiągnięcia. Ba, wyprzedza aktualnego mistrza kraju, o prawie 20 lat!
W sezonie, bodaj 1996/1997 Legionovia publicznie przemierzała się do II ligi, która była wtedy drugą nie tylko z nazwy. Po wygraniu z Ursusem, nasz zespół, w którym grali m.in. Szabłowski, Rostkowski, Ziąbski, Rachlewicz, Pietraszek. Orłowski, Wojcieszkiewicz, Bystros, Grzelak awansowała na pierwsze miejsce w tabeli. Radość trwała tylko dwa dni. MZPN (taka lokalna UEFA) oficjalnym pismem poinformował, że zwycięski mecz z Ursusem został zweryfikowany jako walkower dla gości, gdyż w naszej drużynie zagrał nieuprawniony do gry J. Wojcieszkiewicz, który w tym meczu musiał pauzować, za żółte karki. Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że goście sami przypominali legionowianom, że Janusz w tym meczu nie powinien wystąpić. Nasi natomiast twierdzili, że oficjalnego pisma z MZPN w tej sprawie nie otrzymali. Potem rzeczony papierek znalazł się w przepastnej szafie pana Miecia., który nawiasem mówiąc - te karki sam powinien liczyć.
Ta historia obrosła już legendą i chociaż potem jeszcze Legionovia przegrała w Łomży i zremisowała u siebie z Warmią Olsztyn, walkower z Urusem stał się synonimem „liczenia karetek po legionowsku”, a dla wielu przyczyną braku wymarzonego awansu. Dodajmy, że po zakończeniu sezonu prezes Adam Wilczęga (chyba najlepszy prezes w historii legionowskiego klubu) podał się do dymisji, ujmując na naszych łamach sprawę po męsku – przegrywający odchodzi! Czy w Legii po blamażu polecą prezesowskie głowy?
Co pozostaje sympatykom piłki kopanej za cudze winy? Trzeba chyba wypić za błędy, za błędy na górze… Najlepiej, zgodnie z aktualną dewizą rządzących, jabłkowymi przetworami, np. calvadosem lub cydrem. Na zdrowie!

Jerzy Buze