MLECZNA DROGA DO SUKCESU

EWA I JERZY KOZARZEWSCY

Nieczęsto rolnicy odbierają nagrody na galach i uroczystościach dla biznesu. Ewa i Jerzy Kozarzewscy 15 grudnia 2006 roku, otrzymali z rąk burmistrza Sylwestra Sokolnickiego statuetkę za osiągnięcia w dziedzinie przedsiębiorczości. Byli to jedyni rolnicy wyróżnieni przez ratusz nagrodą Fair Play za rok 2006

Kozarzewscy, swoje gospodarstwo przejęli od ojca obecnego gospodarza, Jerzego Kozarzewskiego, Tadeusza, który jeszcze przed transformacją prowadził gospodarstwo rolne i był wówczas uważany za zasobnego rolnika. Był pierwszym we wsi posiadaczem traktora.
Kilka lat po przejęciu gospodarstwa, jako rolnik zrzeszony w Spółdzielni Producentów Ziemniaka w Jadwisinie, Jerzy Kozarzewski, wyjechał na wycieczkę do Szkocji. Wyjazd miał na celu zapoznanie się ze specyfiką rolnictwa w Unii Europejskiej, do której Polska wówczas zaledwie nieśmiało aspirowała.
Z porównania rentowności specjalistycznych gospodarstw szkockich wynikało Kozarzewskiemu, że najbardziej opłacalna jest produkcja mleka, co wówczas nad Wisłą było poglądem co najmniej oryginalnym. Kto tylko mógł, uciekał z produkcji mleka, które w tamtym czasie,
w polskich realiach nijak nie dało się nazwać opłacalnym. Rolnicy nie mogli związać końca z końcem a zwłaszcza właśnie producenci mleka, którego cena osiągała nieracjonalne granice – litr mleka poniżej ceny litra wody mineralnej. Nawet na papierze rachunek kosztów i zysków się nie bilansował, co dopiero w realnym życiu.

Decyzja pod prąd

Trzeba było być wizjonerem, żeby w tym czasie myśleć o przesterowaniu gospodarstwa z ziemniaków  na produkcję mleka. W tym czasie Kozarzewscy mieli tyko trzy krowy i sporo odwagi.
– Nawet burmistrz Sokolnicki dziwił się później skąd wiedziałem, że wejdą tak opłacalne ceny za mleko – wspomina Jerzy Kozarzewski. –  Kiedy zaczynałem, nikt w to nie wierzył, że zmiana profilu gospodarstwa to dobra decyzja.
 Produkcja mleczna ma jeszcze to do siebie, że stawia wielkie wymagania sanitarne. Wiedzieli też, że potrzebne będą duże inwestycje. Jerzy Kozarzewski mówi, że wysokie wymogi sanitarne jakie narzucała unia nie przerażały go w ogóle – skoro Szkoci mogą je spełnic to dlaczego my nie?
Już w 1997 roku rozbudowali oborę – na tamte czasy wydawało się, że będzie wystarczająco duża, a  nawet z pewną nadwyżką, teraz widzę, że będzie za mała – mówi Jerzy Kozarzewski, który zaraz po przejęciu gospodarstwa rozbudował dom i stodołę. O oborze nie myśleli, bo wówczas jeszcze nie było wiadomo, że zmienią specjalność.
Już wtedy jednak dziedziniec gospodarstwa został zaplanowany z wyobraźnią. Każdy samochód odbierający mleko, swobodnie mieści się na dziedzińcu. Dziedziniec jest na tyle obszerny, że każdy większy pojazd, jeśli musi w Zalesiu Borowym i okolicach gdzieś zakręcić, może to zrobić tylko na podwórzu Kozarzewskich.
Kontrahenci wybierają ale i są wybierani
Obecna, duża obora była już realizacją wizji wyspecjalizowania gospodarstwa właśnie w produkcji mlecznej. Zamysł już dziś okazał się na tyle trafny, że gospodarze planują dalszą jej rozbudowę.
Pierwszym odbiorcą mleka była dawna Spółdzielnia Jabłonna, która jednak oferowała niezbyt korzystne ceny. Kozarzewski znalazł więc innego odbiorcę, który wówczas płacił bardzo dobrze ale wymagania miał wyższe niż unijne. Była to polsko–holenderska spółka Winica, wyrabiająca przetwory mleczne ze znakiem „Bacha”. Dla zilustrowania wymagań spółki warto wspomnieć, że o ile norma unijna dopuszczała wówczas wskaźnik zanieczyszczenia bakteryjnego do 100 tysięcy to Winica narzucała normę zaledwie 50 tysięcy.
– Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby mleko nie mieściło się pod tym względem w klasie najlepszej – czyli super ekstra – wspomina Jerzy Kozarzewski – a to była klasa jednocześnie najlepiej płatna.
Dla rolnika ważne jest jak układa się współpraca z podmiotem skupującym mleko. Kiedy w miejsce firmy „Bacha” pojawiła się francuska firma „President” sytuacja dostawców bardzo sie pogorszyła i Kozarzewscy musieli znowu szukać nowego kontrahenta. Po wielu rozmowach z różnymi firmami w końcu przeszli do Spółdzielni Mleczarskiej Sierpc. Wprawdzie jest to ponad sto kilometrów od Zalesia Borowego, to jednak opłaca się co drugi dzień jechać po mleko do Kozarzewskich i jeszcze przyzwoicie zapłacić za surowiec wysokiej klasy.

Stado zawsze w centrum uwagi

Budowa stada to odrębny problem. Obecnie Państwo Kozarzewscy mają czterdzieści sztuk bydła w tym dojnych sztuk jest dwadzieścia cztery. Pochodzą w większości z zakładu doświadczalnego w Jadwisinie, z którym gospodarze stale od lat współpracują. Niektóre krowy dają nawet 40 litrów mleka dziennie.
Utrzymanie stada to stałe inwestowanie.
Jerzy Kozarzewski twierdzi, że stado powinno się przejmować z pokolenia na pokolenie. W ich sytuacji budowa stada w zasadzie z niczego, to trudny i złożony proces.
Każda krowa ma swoje papiery czyli pełną dokumentację pochodzenia i zdrowia a także notowane są jej wyniki mleczności.
Stado obsługiwane jest za pomocą przepływowego zbiornika na mleko i nowoczesnej przewodowej dojarni. Karmione jest kiszonkami z własnych łąk i pastwisk a po części dzierżawionych od innych właścicieli. Łącznie jest to 36 hektarów.
Cały czas inwestują. Choćby w tym roku kupili ciągnik za ponad sto tysięcy. W garażu stoi też unikalna przyczepa do kiszonek a na podwórku imponujący silos zbożowy, także niedawno kupiony.

Małżeńska załoga

Gospodarstwo prowadzą we dwoje. Jak to w rolnictwie a zwłaszcza w tej specjalności, jest to praca od wczesnych godzin rannych do wieczora. Wszystkie czynności przy zwierzętach muszą być wykonywane o tych samych porach dnia i regularnie. Nie pozwalają sobie na odstępstwo od harmonogramu większe niż 15 minut. O siódmej rano mleko już musi być wydojone i schłodzone do właściwej temperatury.
Żadne wyjazdy wypoczynkowe i urlopy rodzinne nie wchodzą w grę. Stado wielkiej już dzisiaj wartości nie może przecież pozostać bez nadzoru właścicieli.
 – Najgorsze, że jest się tak uwiązanym – mówi Ewa Kozarzewska – Jeśli już trzeba się gdzieś ruszyć, to tylko pojedynczo i na krótko.
Jerzy Kozarzewski jeszcze dodatkowo pełni funkcję sołtysa wsi Zalesie Borowe. Jego pasją, na którą znajduje trochę czasu jest myśliwstwo.
Dzieci pomagają tylko sporadycznie. Uczą się, bądź pracują. Najstarsza córka Państwa Kozarzewskich, Wioletta już pracuje, syn Paweł studiuje i pracuje, Sylwia uczęszcza do pierwszej klasy technikum hotelarskiego w Serocku i najmłodszy Mariusz, uczęszcza do szóstej klasy podstawówki. Mariusz uważany jest w rodzinie za następcę dziadka Tadeusza i ojca Jerzego na podróż po mlecznej drodze.

Tekst i zdjęcia Andrzej Raciński