Zasadzka pod Lubielem

Kościół w Lubielu Noowym (pow. wyszkowski) to jedna z czterech drewnianych świątyń na Kurpiach Białych. W jej wnętrzu urzekają misternie rzeźbione wykończenia i naścienne malowidła charakterystyczne dla tutejszej sztuki ludowej. Na północ od kościoła wije się rzeka Narew, a od południa rozciąga Puszcza Biała poprzecinana zagonami pól uprawnych. Ten piękny sielski krajobraz 8 maja 1946 r. był świadkiem smutnych wydarzeń...

Rokrocznie 8 maja w Lubielu ma miejsce odpust w dzień Patrona parafii – św. Stanisława Biskupa Męczennika. Jak wspominają starsi mieszkańcy wsi, w dzień odpustu w roku 1946 był piękna wiosenna pogoda. Wszyscy byli lekko ubrani; mężczyźni w marynarkach, kobiety w letnich sukienkach. Jednym z młodych mężczyzn stojących w grupce swoich rówieśników był Henryk Zwaliński, który przyszedł na sumę z pobliskiego Rogóźna.
Wesołe nastroje odpustowe zakłócały ludziom niepokojące przeczucia, coś „wisiało w powietrzu”, przeczuwali nadchodzące wydarzenia, na które nie mieli wpływu. Wrażenia te potęgowali młodzi, ubrani w długie płaszcze, w większości nieznajomi mężczyźni kręcący się wokół kościoła. Jeden z nich, jak się okazało znajomy Henryka, odchylił nieco płaszcz, spod którego wyjrzała lufa pistoletu maszynowego.
„Nagle na plac niedaleko kościoła zajechała wojskowa buda kryta brezentem, z której wysypało się kilkadziesiąt osób. Było to w czasie między sumą a nieszporami. Ludzie wiedzieli, że szykowany jest polityczny wiec. To było na terenie parafialnym przed budynkiem spółdzielczym. Słuchaczy było sporo, nie wiadomo czy stali tam bardziej z ciekawości czy ze strachu. Na wiecu mówca opowiadał, jakie korzyści rolnicy będą mieli z ustroju Polski Ludowej oraz ile Polsce daje przyjaźń ze Związkiem Sowieckim. Na zakończenie mówca wznosił kilkakrotnie hasło; niech żyje Polska Ludowa. Kilka osób, z tych, co przyjechali odpowiadało słabo: niech żyje. Reszta stała biernie. Zaraz potem wsiedli na samochód i odjechali.  ” – wspomina pan Henryk Zwaliński.

WĄTPLIWOŚCI I ZAMACH
Ludzie, którzy przyjechali wojskowym samochodem do Lubiela to grupa złożona z 22 osób wysłana przez Komitet Powiatowy Polskiej Partii Robotniczej z Pułtuska. Ekipa ta składała się z prelegenta, 7 funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, 8 milicjantów i 6 uzbrojonych członków PPR. Ta „lotna brygada” miała za zadanie agitować, ale i terroryzować ludność powiatu przed mającym się odbyć 30 czerwca tego roku referendum ludowym. Silna, uzbrojona obstawa ekipy sugerowała, że komuniści chcieli pistoletami „przekonać” ludność do głosowania na „tak”. Obawiali się także zapewne oporu ludności.      
Mój rozmówca kategorycznie zaprzecza interpretacji wydarzeń w Lubielu opisanych w obszernym opracowaniu Mazowsze i Podlasie w ogniu 1944-1956. Powiat Pułtusk w pierwszej dekadzie rządów komunistycznych  wydanym przez IPN. W opracowaniu tym napisano, że „Grupa ta wtargnęła do kościoła w Lubielu podczas odpustowego nabożeństwa i zamieniła je w komunistyczny wiec propagandowy”. Henryk Zwaliński; „W kościele żadnych zamieszek nie było. Nikt nie zakłócał nabożeństwa. Nabożeństwo skończyło się i dopiero oni zaczęli wiec. Ktoś niedobrze autorów poinformował. Oni musieli być u ludzi, którzy tam nie byli a tylko słyszeli a ja byłem wtedy w tym kościele”.
Rzeczywiście trudno zaprzeczyć wersji pana Henryka – naocznego świadka. Komuniści wykazaliby się ogromną głupotą gdyby przerwali mszę i sprofanowali świątynię prowokując tym i tak już napięte relacje ze społecznością wiejską, charakteryzującą się dużą religijnością.
Co było dalej? – pytamy. „Samochód odjechał w stronę wsi Obryte i kiedy znalazł się na wysokości lasku usłyszeliśmy silny wybuch i zaraz potem zaczęły się strzały. Jak zaczęły się strzały to ludzie ruszyli w kierunku samochodu, biegli po drodze, po polach ciekawi zobaczyć co tam się dzieje. Tymczasem przy cmentarzu była szpica partyzancka z karabinem maszynowym i ci strzelali w drogę, w piach, ludziom pod nogi, aby nie szli dalej. Krzyczeli żeby się wszyscy wycofali z powrotem do wsi” – wspomina Henryk Zwaliński. Mój rozmówca nie dotarł z wyżej wymienionych przyczyn na miejsce zasadzki, ale wiedział, że partyzanci z organizacji Wolność i Niezawisłość (WiN) byli przygotowani do akcji i dobrze uzbrojeni. Jeden karabin maszynowy ustawili linią strzału wzdłuż drogi drugi natomiast stal prostopadle do niej. Partyzanci odnieśli całkowite zaskoczenie, sama walka miała krótki przebieg. Właściwie była to jatka.
Większość została skoszona ogniem karabinów maszynowych a ci, którym udało się uciec w pola lub do lasu mieli mniejsze lub większe rany postrzałowe. W wyniku starcia zginęli funkcjonariusze UB: Franciszek Łasiewicki, Marian Paź, Kazimierz Mróz, Zdzisław Rostek, funkcjonariusze MO: Franciszek Lisiewski, Jerzy Stubiński, Jan Szczurowski, Władysław Wierzbicki, uzbrojeni członkowie PPR: Kazimierz Czostkiewicz, Ignacy Krysiak, Wacław Nowicki, Marian Szczepaniak, Czesław Książak. Ci, którzy byli ranni w pierwszym starciu zostali dobici – w wojnie domowej nie bierze się jeńców. Zginął także zapewne przypadkiem cywil Marian Szczepanik.
Znana jest historia jednego z rannych milicjantów. W czasie starcia miał on tylko przestrzeloną dłoń, ale wykorzystał obfite krwawienie, aby z powodzeniem „udawać” zabitego. Przeleżał na ziemi dopóki partyzanci nie odeszli a następnie przez niezamieszkałe tereny, nocą dotarł do Pułtuska przynosząc hiobową wieść o masakrze. Później, jak wspominają ludzie z Lubiela często bywał gościem na szkolnych uroczystościach i świętach gdzie opowiadał dzieciom, pokazując im przestrzeloną dłoń, o swoich zasługach w walce o „demokrację ludową”. Za te zasługi awansował w Komendzie Powiatowej MO w Pułtusku. Nazywano go „łapka”.

KIM BYLI SPRAWCY?
Według wspomnianego opracowania IPN-u zamachu na ekipę komunistów z Pułtuska dokonały połączone oddziały WiN z Obwodu Ostrów Mazowiecka pod dowództwem „Mikołaja” - Gąsiewskiego Albina i „Ponurego” - Kieliszka Dariusza. I znów dochodzimy do zagadki. Otóż pochodzący z Wólki Lubielskiej koło Lubiela Matusiak Józef ps. „Ponury” został schwytany przez UB 26 lipca 1945 i wyrokiem sadów wojskowych w Warszawie skazany na śmierć 5 stycznia 1946 roku. Czy nie zachodzi tu pomyłka, co do ludzi o identycznym pseudonimie? Pan Henryk  Zwaliński uważa że zamachu dokonały oddziały braci Kmiołek i grupa „Przelotnego” – ppor. Łaneckiego Stanisława. „Przelotny” poległ 25 listopada 1946 roku w czasie słynnej akcji rozbicia ubeckiego więzienia w Pułtusku.

PO ZAMACHU
Po zamachu komunistyczne władze nie przeprowadzały akcji odwetowych na miejscowej ludności. Nie było aresztowań, które bywały często przed zamachem. Władze nabrały respektu przed „trudnym terenem” wokół Pułtuska a zapewne nie chciały też komplikować sytuacji w rejonie przed referendum. Masowe aresztowania „podejrzanych” z pewnością nie przysporzyłyby jej zwolenników, władzy zależało raczej na pacyfikacji nastrojów. Tym bardziej, że ludzie nie chcieli publicznie wyrażać się o wydarzeniach z 8 maja 1946 r. Jeżeli już o tym mówiono to tylko wśród znajomych, w małych grupkach wspominano jak partyzanci „przetrzebili ubowców”. Ludzie się bali.
Nastawienie społeczeństwa północnego Mazowsza do Stalina, ZSSR i Armii Sowieckiej było wrogie. Ludzie dobrze wiedzieli, co sowieccy żołnierze i sowieckie służby wyprawiali na Mazowszu w 1945 r.; rekwizycje i rabunki prywatnej własności, podpalenia budynków, aresztowania polskich patriotów, morderstwa i wywózki. Szerokim echem odbiły się na północnym Mazowszu dantejskie sceny z Nasielska gdzie pijane żołdactwo sowieckie demolowało miasto a sowieckie samochody i czołgi rozjeżdżały Bogu ducha winnych ludzi. Tylko jednego dnia 1 kwietnia 1945 roku zginęło tam pod gąsienicami przynajmniej 10 osób. A działo się to już po „wyzwoleniu”. W UB i PPR większość społeczeństwa polskiego widziała wiernych wykonawców woli Stalina w jego planie ujarzmienia Polski.   
Na miejscu zasadzki pod Lubielem postawiono najpierw krzyż, ale krzyż dla ubowców i PPR-owców jakoś władzy nie pasował i na jego miejscu zbudowano betonową kolumnę z tablicą z nazwiskami poległych. Dzisiaj pomnik jest częściowo uszkodzony i zarośnięty. Tablica z oficjalnym napisem została zniszczona po 1989 roku natomiast pod tablicą poległych czyjeś ręce położyły lampki i znicze, dziś już dawno wypalone. Na pytanie, kto je tu stawia pan Henryk rozkłada bezradnie ręce, ale za chwilę sobie przypomina, że „jeden z poległych ubowców pochodził z Wólki Lubielskiej, nazywał się Mróz”. Być może rodzina tego człowieka, bez względu na jego wybory życiowe do dzisiaj pielęgnuje pamięć o „poległych za utrwalenie władzy ludowej” na ziemi pułtuskiej. A może to „tylko” pokłosie legendy wpajanej miejscowej ludności przez dziesięciolecia o uratowanym cudem z masakry bohaterze fałszywego mitu.

dr Artur Bojarski