Komornik bez serca
Starając się o przyznanie alimentów dla swojego dziecka, Pani Marta spotkała się z murem znieczulicy i lekceważenia ze strony urzędników państwowych. Komornik nie bardzo interesował się jej sprawą, ponieważ, mówiąc brutalnie, jej prowadzenie było dla niego mało opłacalne. Sprytna kobieta znalazła jednak sposób na osiągnięcie swoich celów.
PAULINA MROCZKOWSKA
p.mroczkowska@tio.com.pl
Do naszej redakcji zgłosiła się młoda kobieta, sfrustrowana ciągłą walką o swoje prawa u komornika i w sądzie. W czerwcu ubiegłego roku wniosła do sądu sprawę o alimenty od ojca dziecka, który je uznał, ale od początku się nim nie interesował. Już na początku sąd ustalił 600 zł/ mies. zabezpieczenia do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Mężczyzna jednak, jak mówi kobieta, „kpi sobie z wymiaru sprawiedliwości, sądów i komorników”, dlatego nie wywiązywał się z obowiązku spłaty wyznaczonej sumy. I to mimo faktu, że wiedzie mu się bardzo dobrze (zarabia ok. 10 tys. miesięcznie). Dlatego mecenas kobiety skierował sprawę do komornika. Kiedy dowiedział się o tym ojciec dziecka, natychmiast przerejestrował samochód na matkę i zarejestrował się jako bezrobotny, ponieważ pracował na czarno. Stwarzając pozory bankructwa wywinął się od nakazu. Pani Marta usłyszała od komornika tylko tyle, że dłużnik jest nieściągalny i nic nie da się zrobić.
Znajomość prawa… pomaga
Zaczęła więc interesować się metodami weryfikacji rzekomej niewypłacalności. Dowiedziała się m.in., że komornik może wysłać zapytanie do Urzędu Skarbowego czy wniosek do Sądu o wezwanie dłużnika do ujawnienia majątku. Kiedy kobieta zaczęła być natarczywa, a do tego wykazywała się znajomością przysługujących jej praw, komornik podjął działanie. Jednak wiele razy musiała nachodzić się do jednej z kancelarii w centrum Legionowa, by wymóc na komorniku podjęcie zdecydowanych kroków. Okazywało się, że to, co było do tej pory „niemożliwe”, było kwestią okazania dobrej woli..
– Tylko dlatego, że sama zaczęłam grzebać i dowiadywać się, jakie są możliwości, nie pozostawiono mnie z niczym. To ja musiałam mówić komornikowi co powinien dalej zrobić. Gdyby nie to, że poznałam swoje prawa i byłam uparta, odprawiliby mnie z kwitkiem – mówi nam pani Marta.
Metoda na małodusznych
Dłużnik Marty jednak tylko częściowo spłacił swój dług względem dziecka. Komornik wiele razy rozkładał ręce i mówił, że nic nie da się zrobić. Kobieta jednak nie dawała za wygraną i uparcie walczyła o pieniądze dla córki. Jak?
– Po pierwsze, to zapoznałam się z prawem i okazywałam komornikowi, że je znam. A po drugie, powiem wprost, musiałam go nawet trochę zastraszyć, żeby w ogóle coś robił w mojej sprawie. Powiedziałam, że zaskarżę go do sądu, że sama pojadę na policję zorganizować wejście w asyście. Wreszcie rzuciłam, że napisze o tym prasa – i to poskutkowało! Zaczął mnie zupełnie inaczej traktować. Przestał zaniedbywać moją sprawę, choć, niestety, tylko z troski o własne imię – wspomina nasza bohaterka.
Zawód: komornik
Komornicy nie cieszą się zbyt dobrą prasą. Chciałoby się wierzyć, że istnieją jakieś wyjątki. Niestety, większość z nich najwyraźniej stara się potwierdzić stereotyp. Legionowski komornik znajduje się w ich gronie. Pani Marta próbuje opisać jego profil:
– To już nie jest zawód, to jest charakter. Tu trzeba mieć specjalne cechy: nie mieć skrupułów. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak komornik zarzucał biednych ludzi artykułami i paragrafami, nie tłumacząc ich. Często wychodzili z gabinetu z płaczem. Mnie też tak potraktowano. Miałam wrażenie, że chodzi o zbycie człowieka przez okazanie mu wyższości, taki rodzaj znęcania się nad słabszymi. Ale przecież ja mam prawo nie znać tych przepisów – on powinien mi je wyjaśnić i mi pomóc.
Próbowaliśmy skontaktować się ze wspomnianym komornikiem żeby dowiedzieć się, co ma do powiedzenia, jak ocenia sprawę. Jednak po wielokrotnych próbach musieliśmy dać za wygraną. Według Pani Marty taka sytuacja nie jest nowością: – Dodzwonić się do nich, to graniczy z cudem!
Tu chodzi o dziecko
Pewnego razu komornik odprawił panią Martę ze słowami, że na zajęcie się jej sprawą ma ustawowo pół roku. Nie działał na niego argument, że to nie są wirtualne złotówki, ale środki potrzebne na jedzenie dla dziecka.
– Jeśli ktoś zalega sądowi, to sąd z głodu nie umrze, a tutaj dziecko nie ma na mleko – mówi kobieta. Podejrzewa, że przyczyną, dla której komornik nie chce poświęcać jej sprawie zbyt wiele czasu, są względy czysto ekonomiczne.
– Moja sprawa to są dla nich grosze. Gdyby miał do ściągnięcia duży dług, na przykład za dom, wtedy inaczej by ze mną rozmawiał i sprawa nie ciągnęłaby się ponad pół roku. Sama byłam świadkiem, jak w dwa miesiące zabrali biednemu człowiekowi cały dobytek. – mówi pani Marta. – W całej tej sprawie nikt nie myśli o dziecku – kwituje.
Dlatego kobieta uporczywie walczy o pieniądze na córkę mimo nieprzychylności ze strony władz. Poleca także innym osobom w podobnej sytuacji, poznać gruntownie swoje prawa i natarczywie pilnować ich przestrzegania.
– Nikt nie chroni samotnej matki, trzeba działać samemu i znać swoje prawa – mówi. Mądrość płynąca z całej tej historii jest stara, jak łacińskie przysłowie Ignorantai iuris nocet, czyli „nieznajomość prawa szkodzi”.
Imię bohaterki artykułu zostało zmienione.
PM


