Trzy światy
Od kiedy pani Maria Chrzanowska z mężem Leszkiem na dobre zajęła się agroturystyką, minęły dopiero dwa lata. Na razie gospodarstwo nie ma nazwy, ale już niedługo się pojawi. „Trzy światy” – tak sobie wymyślili.
- Od świata przedwojennego naszych rodziców, powojennego - mojego i męża. I tego najnowszego - naszych dzieci – tłumaczy nazwę pani Chrzanowska
Od głównej trasy oddzielają Jadwisin ekrany wyciszające. - Teraz jest cicho jak na wsi - mówi pani Maria, która nazywa siebie jedną z pionierek agroturystyki w gminie Serock.
- Docenił nas nawet sam burmistrz. Po imprezie integracyjnej, na której prezentowało się nasze Stowarzyszenie „Woda i Las”, otrzymaliśmy piękną statuetkę.
Siedlisko
- Nasze gospodarstwo znajduje się na miejscu siedliska moich teściów – opowiada pani Maria. - Mieszkaliśmy tu już wcześniej przez 5 lat po ślubie. Potem przeprowadziliśmy się na swoje do trzypiętrowego domu przy drodze Legionowo-Serock. Można powiedzieć, że postawiłam go za swetry, które sama robiłam. Byłam na wychowawczym, w sklepach nic, tylko soda, a ja dzięki moim robótkom zarabiałam 100 złotych dziennie, co dawało 3 średnie pensje. Miałam tylu klientów, że musiałam uciekać przed nimi. A na polu jeszcze truskawki. To nie byle co postawić dom bez pożyczki.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że będzie przebudowa drogi i nasz dom znajdzie się prawie pod wiaduktem, sprzedaliśmy go Generalnej Dyrekcji Dróg i sprowadziliśmy się znowu tutaj, na siedlisko.
Agroturystyka
...to był mój pomysł. Mieszkańcy, kiedy się dowiadywali, na co zamierzamy przeznaczyć siedlisko, mówili: a kto ci tu przyjedzie?
Widzieliśmy, że budynki teściów rozwalają się, więc jeszcze kiedy mieszkaliśmy oddzielnie, podjęliśmy decyzję, żeby je ratować. Wszystkie pieniądze ładowaliśmy tutaj. Rynek pracy zaczął się chwiać, straszyli niepewnością jutra. - Przynajmniej będę miała na chleb – myślałam. - Człowiek się starzeje – jak nie będzie dla siebie, to zostanie dla dzieci. Mąż stracił pracę, ale i tak na początku podchodził do sprawy sceptyczne. Potem jak raz, drugi ktoś pochwalił, już myślał inaczej. Mamy satysfakcję, że zagospodarowaliśmy pracę rodziców. Aż trudno uwierzyć, że to te same zabudowania. Serce się kraje, jak widzę, że gdzie indziej budynki niszczeją..
Goście
...interesują się wszystkim, co się rusza. Najczęściej są z Warszawy, ale bywają i z Polski, a nawet z Francji. O wszystkich mogę powiedzieć tylko dobrze, no, może poza góralami z powodu alkoholu. Mamy gości, którzy wracają do nas, jak pewna dziewczyna, która na imprezie country, przez nas organizowanej, poznała swojego chłopaka. Teraz odwiedza nas regularnie i mówi: - Czuję tu sielski klimat.
Są goście na dłużej, są też weekendowi. Mąż jest na zjeździe w hotelu, żona mu towarzyszy, ale w hotelu miejsca za drogie, więc czeka u nas.
Najczęściej o naszym gospodarstwie goście dowiadują się poprzez internet lub pocztę pantoflową.
Pokoje
...w tej chwili są cztery, w sumie 10 do 12 miejsc. Możemy mieć do 5 pokoi, a gości bez ograniczeń, bo wtedy nie płaci się podatku Bierzemy po 35 do 40 złotych za dobę. Sporadycznie 50 złotych od kogoś na jedną noc. Jeśli ktoś przyjedzie na dłużej, to się schodzi do 20 – 25. Jest możliwość wykupienia jedzenia.
Swojskie jadło
... to podstawa jadłospisu. Moja mama prenumerowała „Gospodynię” i „Przyjaciółkę” i stamtąd co niedziela razem wycinałyśmy przy stole przepisy i wklejałyśmy do specjalnego zeszytu. Do dzisiaj przechowuję te zeszyty i z nich korzystam. Bardzo smakują na przykład pierogi ziemniaczane z przepisu odziedziczonego po mamie. Ściera się ziemniaki, dodaje pieprz, sól, pokrojoną drobno cebulkę, można też dodać skwareczki. To wszystko na patelnię, aż się zeszkli i ściśnie. Nie potrzeba dodawać ani mąki, ani jajka. Zagniata się ciasto zwykłe pierogowe. Najlepsze są na drugi dzień odsmażane.
W moim domu ojciec robił kiełbasę, a mama kaszankę. Ojciec drobniutko kroił mięso, bez mielenia. Najpierw kiełbasa była wędzona, potem suszona na kuchni. Pamiętam jej smak do dzisiaj. My też mamy wędzarnię. Widocznie to, co wyniosłam z domu, miało na mnie wpływ.
Kuce
... są dwa. Kuc feliński nazwa się Loczek a szetlandzki – Karina. Konie są jak ludzie, potrafią się zintegrować. Mąż wozi na nich dzieci. Kupiliśmy nawet bryczkę, ale kuce jej nie pociągną, bo są za małe, więc chcemy kupić specjalnego konia polskiego.
Mamy dwa hektary łąki – jest sianko dla koników. Poza tym będę miała kury i pawia.
Szydełkowanie i haft
to moje pasje. Zbieram ludowe sprzęty; mam krosna, maglownice, dzieżę. Mam jeszcze po mamie lniane rzeczy – obrusy z ręcznie tkanego płótna. Dla mnie są całym światem. Planujemy ściągnąć z Serocka starą chałupę, żeby te sprzęty wyeksponować, jak w skansenie..
Zalew
... jest największą atrakcją dla naszych turystów i z nim wiążemy nadzieje. - Po co to jechać do Nicei do Francji? – zastanawiali się nasi goście z Wrocławia, gdy wrócili z Jachtklubu Polska w Jadwisinie.
W przyszłości będzie połączenie z Zegrzem nad wodą, czyli dalszy ciąg promenady z Jadwisina do Serocka. Już teraz można korzystać z plaży między pałacem Radziwiłłów (dziś Rady Ministrów) a ośrodkiem Geovita.
Stowarzyszenie „Woda i Las” we współpracy ze Stowarzyszeniem „Nad Zalewem” ma w planach ściągnięcie z Mazur statku „Albatros”. Na razie pływa do Serocka tramwaj wodny. To wspaniałe wrażenie, kiedy w letni wieczór płynie oświetlony statek, a woda niesie echo muzyki.
Atrakcją dla turystów na pewno będzie dworek Szaniawskiego w Zegrzynku nad Zalewem. Zawiązało się stowarzyszenie, które chce doprowadzić do jego odbudowy.
Halina Czarnecka
Zdjęcia: Państwo Maria i Leszek Chrzanowscy przed stoiskiem ze swojskim jadłem w pięknie udekorowanej sali, w której można przyjąć 40 – 50 osób. Dawniej była tu stodoła
Fot. HaC


