Podchorąży jednak zdążył
Mija 30 lat od pamiętnego Sylwestra i „zimy stulecia” Anno Domini 1978 /79. Szmat czasu, ale wielu z nas na hasło – zima stulecia - ożywia się i wyciąga własną historię.
U hrabiego na szezlongu
Anna Górnicka, nauczycielka w PZSP w Legionowie:
- Pochodzę z Łomży i właśnie stamtąd wybrałam się 30 grudnia 78 roku autobusem na wesele do Ciechanowa. Nic nie zapowiadało nagłego spadku temperatury, ślizgawicy i śniegu. Utknęliśmy w Makowie Mazowieckim. Kierowca oświadczył, że to koniec trasy i każdy musi sobie radzić sam. Szczęście w nieszczęściu spotkałam na przystanku kolegę z podwórka z Łomży, który też jechał do Ciechanowa. Naszą ostatnią deską ratunku okazali się taryfiarze, którzy jednak życzyli sobie niebotycznych sum za kurs. Nie mieliśmy wyjścia - zrobiliśmy zrzutkę. Na jedną osobę wyszło 400 złotych. Wtedy moje stypendium wynosiło złotych 600. Nie wiem nawet, jakim cudem miałam takie pieniądze przy sobie. Ważne jednak, że do Ciechanowa na ślub i wesele w przeddzień Sylwestra dotarłam.
Ale to nie koniec. Z Ciechanowa trzeba też jakoś się wydostać, a tu nic nie kursuje, bo zasypało. W tej sytuacji najważniejsze było, jak przetrwać tę noc, a potem... potem się coś wymyśli. W sali weselnej w Ciechanowie nie było miejsca, bo goście sylwestrowi już się zjawili. Zawieźli nas do pobliskiej Opinogóry i tam zostawili w pałacu należącym do rodziny Krasińskich. Nigdy nie pomyślałam, że kiedykolwiek będę spać na zabytkowym szezlongu, na którym być może siadywał sam Zygmunt Krasiński, autor „Nieboskiej komedii”.
A na drugi dzień dwa pługi odgarnęły śnieg i autokar dowiózł nas na dworzec PKP.
Zbratanie w tłoku
Alina Ciach, profesor fizyki, pracownik naukowy PAN:
- Pojechałam do Zakopanego na wyprawę jaskiniową, zakończoną jaskiniowym Sylwestrem. A w Sylwestra przyszła taka zima, że nie jeździły pociągi z Zakopanego. To samo z autobusami – drogi zawiane – nie ma mowy o powrocie do Warszawy. Wreszcie jest pociąg, tyle że do Łodzi i do tego piekielnie zatłoczony. Ale co tam - byle kierować się na północ. Jakoś udało się wtłoczyć, jednak nie było mowy, żeby dostać się do przedziału. Przez całą drogę stałam z innymi na korytarzu prawie na baczność. Ścisk był taki, że jak dziecko chciało do ubikacji, to podawaliśmy je sobie nad głowami. Korytarz nieogrzewany, szron na szybach, tłok, a nie wiedzieć czemu wszyscy mieli znakomite humory. Jechaliśmy 24 godziny, w tym czasie dzieliliśmy się, czym kto miał, ciasteczkami, kanapkami, herbatą. Znalazł się nawet ktoś, kto przygrywał na fleciku. Jak pociąg się zatrzymywał na stacji, wzdłuż peronu biegały tabuny kolejnych chętnych, którzy chcieli dostać się do środka. Kolejarze upychali ich, jak tylko mogli i gdzie mogli – nawet do wagonu pocztowego na paczki. Pamiętam, że niektórzy mówili, że gdzieś nie zdążą, ale wtedy wszyscy wybuchali śmiechem i już nikt się nie martwił.
Takiego zbratania jak1 stycznia 1979 roku już nigdy więcej nie doświadczyłam.
Esbecy w piwnicy i staliniec na drodze
Andrzej Kapuściński, elektryk, b. pracownik Fabryki Domów:
- Pamiętam tego Sylwestra o tyle, że rano moja żona jechała do PIM- u na dyżur, a ja miałem ją odprowadzić. Zszedłem po rower do piwnicy, bo nawet w 20-stopniowe mrozy jeździłem na rowerze, i tam zobaczyłem, jak ktoś obcy chce się dostać do piwnicy sąsiada. „Co pan tu robi?” – spytałem. Za chwilę pojawił się jakiś znajomy tego obcego i wywiązała się szamotanina. Podobno byli to esbecy, którzy w naszym bloku mieli zakamuflowaną kryjówkę.
Potem, jak spadł metrowy śnieg, nie mogłem się dostać do roboty do Fabryki Domów na Łajskach. Dopiero po jakimś czasie odpalili „stalińca” - wielki radziecki spychacz na gąsienicach i ten „staliniec” zgarnął śnieg tak, że można było przejechać. Dla tej maszyny nie było przeszkód.
Na noże o miejsca
Andrzej Zalewski, historyk sztuki, współpracownik TiO:
- Przed Sylwestrem wybraliśmy się z żoną do Warszawy po zakupy. Pamiętam, że żona była w kożuszku, na który zarobiłem w studenckiej spółdzielni „Plastuś”.Chociaż mieszkaliśmy wtedy w Ząbkach, nasze małe dziecko zostawiliśmy u teściowej w Zakroczymiu. Po zakupach mieliśmy tam dojechać. Wieczorem znaleźliśmy się na przystanku PKS na Marymoncie. Podjechał autobus do Zakroczymia. Było mnóstwo ludzi, ale jakoś wywalczyłem (bo wtedy się walczyło), miejsce w autobusie. Co z tego, jak autobus nie mógł ruszyć. Jedyna możliwość – wydostać się z Warszawy pociągiem z Gdańskiego. Pamiętam, że pociąg dotarł tylko do Nowego Dworu, a tam znów walczyłem „na noże” o taksówkę. Zapłaciłem za kurs do Zakroczymia 1000 złotych, czyli półtora mojego stypendium.
Z własnym sprzętem do odśnieżania
Ryszard Śliwiński, kierownik pogotowia w Legionowie:
- Byłem wtedy lekarzem w szpitalu w Milanówku. Na trasie z Warszawy Centrum, gdzie mieszkałem, różne cuda się działy, ale ja zawsze byłem przygotowany na warunki ekstremalne. Woziłem ze sobą piasek, a nawet taki specjalny sprzęt do odśnieżania, pożyczony od kolegi, co miał domek jednorodzinny. Wygląda to jak maszynka do mięsa.
Najgorsza była ziemia niczyja - tam, gdzie kończyła się jedna gmina, a zaczynała druga. Nikt tego nie odśnieżał i tam przydawał się mój sprzęt. Ja przecierałem szlak, a bractwo - czyli kierowcy, którzy się zdążyli zatrzymać - za mną.
Te wspaniałe parowozy
Erazm Domański, kustosz Muzeum Historycznego w Legionowie:
- Byłem wtedy podchorążym Szkoły Oficerskiej w Toruniu. Skończył mi się urlop i musiałem wracać do jednostki z rodzinnej wioski na Mazurach. Gdyby nie stary, poczciwy parowóz, byłoby to prawdopodobnie niemożliwe, bo wszystkie pociągi elektryczne ugrzęzły pod Toruniem. Pamiętam jak na stacji w Iławie stały te pociągi w środku białe jak na Syberii. Uważam, że za szybko pozbywamy się takich parowozów. Na wypadek przyszłych „zim stulecia” parę tych wysłużonych, ale niezawodnych maszyn powinno być do dyspozycji. A do jednostki dotarłem tylko z półgodzinnym opóźnieniem.
Zebrała Halina Czarnecka
Fot. www.dziennik.pl


