Gdy słyszymy słowo BRONX,
pierwsze skojarzenie to dzielnica Nowego Yorku, ŻIŻKOW - dzielnica
czeskiej Pragi, KAZBA - dzielnica Algieru, WIDZEW- dzielnica Łodzi,
TARGÓWEK- dzielnica Warszawy. Co łączy nazwy tych dzielnic
miast losowo wybranych z atlasu geograficznego? Niepisana legenda,
która utrwaliła się przez lata, że dzielnic tych nie powinno
się zwiedzać o zmroku, a już jeżeli musimy je odwiedzić to lepiej to
zrobić w towarzystwie osoby która tam zamieszkujePrawie wszystkie światowe metropolie oraz większe miasta mają na swym terenie takie miejsca, które są oazą dla ludzi prowadzących nocny tryb życia, którzy nie najlepiej się czują na jasno oświetlonych ulicach. Miasto Legionowo też miało dzielnicę o podobnym charakterze. Miejsce to nazywało się "CEGIELNIA" i znajdowało się na terenie ograniczonym obecnymi ulicami Kazimierza Wielkiego, Królowej Jadwigi, Sowińskiego i Piłsudskiego. Wiele osób uważa, że Cegielnia ciągnęła się aż do granic z Jabłonną, czyli do ul. Listopadowej. Nazwa "Cegielnia" wywodziła się od zakładu produkującego czerwone cegły wypalane z gliny wydobywanej na tym terenie. Jeszcze do dziś w okolicach stadionu można spotkać miejsca, gdzie znajdują się niewielkie gliniane oczka,
z których okoliczni ludzie wykopują glinę do remontów pieców lub innych prac przydomowych. Rozwój budownictwa wielkopłytowego w latach 70. XX wieku zmiótł tę dzielnicę z mapy Legionowa.
Cegielnia była obszarem o ciasnej zabudowie domków jednorodzinnych zatopionych w morzu drzew owocowych i krzewów ozdobnych oraz wąskich, bo zaledwie 2-3-metrowej szerokości uliczkach. Dziś o istnieniu Cegielni świadczą resztki zdziczałych drzew owocowych rosnących gdzieniegdzie między blokami oraz stara kapliczka przy ulicy Hubala za blokiem Nr16, chroniona i pielęgnowana zapewne przez dawnych mieszkańców Cegielni mieszkających nadal na tym terenie, lecz już w nowo wybudowanych blokach.
Urodziłem się i wychowałem na Bukowcu w Legionowie. Moją szkołą była "Jedynka", wybudowana w 1958 roku największa szkoła w Legionowie. Do dziś pamiętam, jako uczeń pierwszej klasy, zapach świeżej farby, widok czystych przestronnych korytarzy wykładanych klepką oraz smak chlorowanej wody, którą piliśmy na przerwach z łazienkowych kranów.
"Jedynka" była szkołą, do której chodziła młodzież z Cegielni. Myślę, że stało się tak dlatego, że ówczesne władze oświatowe nie chcąc zaniżać poziomu elitarnej Szkoły Podstawowej Nr 3, całą. Cegielnię wymieszały z dziećmi rodzin mieszkających na Bukowcu i Łajskich Grudziach.
Mówi się, że "jeśli coś cię nie zabije, to cię wzmocni", więc mój siedmioletni okres nauki w "Jedynce" i obcowanie z chłopakami z Cegielni, moja przyjaźń z wieloma z nich, sprawiła, że uważam ten czas za szalenie barwny i pełen ciekawych doświadczeń. Wszystkie chłopaki z Cegielni, mówiąc o swojej dzielnicy, nie mówili Cegielnia lecz Cegelnia, gubiąc środkowe "i". To właśnie przede wszystkim było charakterystycznym znakiem rozpoznawczym ,,chłopaka z Cegelni". Co ciekawe, że mimo, iż do Jedynki chodziła młodzież, którą wielu utożsamiało z tzw. "marginesem", to w samej szkole panował ład i porządek. Oczywiście, że na przerwach chłopaki tłukli się między sobą, ale były to zwykłe szkolne przepychanki, które kończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Były to standardy życia szkolnego, które miały na celu nie chuligańską rozróbę, lecz wywalczenie sobie właściwego miejsca w hierarchii klasy. Bo według kodeksu wyznawanego przez chłopaków z Cegelni, chłopak, który nie jest waleczny i nie wzbudza respektu swoją osobą , jest zwykłym tchórzem. I dlatego każdy, nawet największy maminsynek stawał do walki w zaułkach szkolnych korytarzy ryzykując nawet rozkwaszeniem nosa po to tylko, by nie nazwano go "cykorem", co znaczyło w gwarze szkolnej - tchórzem.
A poza tym, te spojrzenia dziewczyn, które miały w sobie coś z podziwu i współczucia, gdy po walce paradowało się z krwawiącym nosem. Spojrzenia te były nie do zdobycia w inny sposób.
Ja też miałem kilka walk. Stoczyłem je broniąc swojego honoru, na który ktoś świadomie próbował nadepnąć. Jedną z nich, z chłopakiem z Cegelni stoczyłem na boisku szkolnym za drewnianym kiblem. Kibicowało nam kilka klas, które akurat miały wf, a że jeszcze była przerwa, nauczycieli nie było, więc spokojnie można było się bić. Walka, jak każda inna w tamtych latach, podobna była do dzisiejszego "kix-boxingu", a wygrywał ten, kto przewrócił przeciwnika i przytrzymał go na ziemi.
Ponieważ byłem silniejszy, wygrałem to starcie. Mój rywal uznał się za pokonanego, lecz gdy odszedł na bezpieczną odległość krzyknął do mnie: "Pokaż się tylko na Cegelni, to chłopaki ci dopier...ą" (czytaj: to chłopaki ci dopiero pokażą). Nie wiem, co mogli mi pokazać chłopaki, ale na wszelki wypadek nie zbliżałem się do Cegelni przez kilka tygodni.
Chłopaki z Cegelni byli znani z tego, że nie lubili na swym terenie "obcych".
Więc gdy jakiś nieostrożny turysta nieświadomie zapuścił się na ich teren, ,,chłopaki z Cegelni" spuszczali mu klasyczny łomot, a następnie pytali grzecznie, czego tu szuka. Tylko znajomość kogokolwiek z zacnych i szanowanych rodzin Litawskich, Talarskich, Rosłońskich, Kuzków, Lewandowskich, Zybowskich i innych familii mieszkających na Cegelni, upoważniała do wstępu i bezpiecznego poruszania się po tej dzielnicy.
Sądzę, że ta chęć odizolowania się od reszty Legionowa spowodowana była tym, że mieszkańcy Cegielni mieli swoje prywatne biznesy, którymi nie chcieli się chwalić. Jednym z nich były domowe bimbrownie, z których wychodziły na świat trunki nie gorsze od szkockiej whisky, pisałem o tym przed laty w "To i Owo", w jednym z moich pierwszych felietonów pt. "Bimber, a sprawa polska". Dlatego każdego obcego traktowano tu jako potencjalnego szpicla, który próbował się dowiedzieć kto tu "jakie lody kręci".
Zebrało mi się na wspomnienia z lat szkolnych i postanowiłem o tym napisać, gdyż przeczytałem w "To i Owo", że trwa plebiscyt na nazwę hali sportowej wybudowanej na terenie stadionu w Legionowie.
Ponieważ hala ta została wybudowana na terenach przyległych do dawnej "Cegielni", pomyślałem, że może dobrze byłoby ją nazwać: HALA-CEGELNIA lub CEGIELNIA-LEGIONOWO. Sądzę że już sama magiczna nazwa "CEGELNIA" będzie dawać fory drużynom z Legionowa, które tam będą staczać pojedynki, przez wspomnienie o walecznych i zadziornych "chłopakach z Cegelni", którzy kiedyś tam zamieszkiwali. Bo żyją jeszcze tacy, którzy na dźwięk słowa "Cegelnia""robią w gacie", nie wyłączając mnie oczywiście.
MarJan
