Tango na tangu tangiem pogania
Tańca zwanego tangiem mam już powyżej uszu. Bo właśnie nic innego, tylko straszliwie długą serię tang wchłonęły moje uszy w dniu 13 lutego. W Salonie Artystycznym im. Fryderyka Chopina, pomieszczeniu, które należałoby przemianować na Salon Pseudoartystyczny im. Astora Piazzolli, wystąpili: Piotr Kopietz – bandoneon, akordina, Gabriela Machowska – fortepian, Mateusz Szemraj – gitara
W pałacu jabłonowskim tanga, w Arenie Legionowo tanga, w Salonie na Targowej tanga – litości! Czyż organizatorzy życia muzycznego nie potrafią dostrzec w muzyce innych zjawisk?
Muzykę przeplatały słowne komentarze, brzmiące niby cytaty z rozprawy muzykologicznej. Pan Kopietz szafował szumnymi określeniami, jak geniusz, kompozycja, mistrz, inspiracja, wpływy. Chciałoby się przekłuć ten okropnie rozdęty balon. Usłyszeliśmy m. in. taką zapowiedź: „Będzie to jeden z najpiękniejszych tematów mistrza Piazzolli.” Nie, nie było to nic pięknego. Ot, ckliwe muzyczne ględzenie, przerost sentymentalizmu idący w parze z impotencją twórczą. Potem zapowiedziano „najbardziej rozpoznawalną kompozycję Piazzolli, Libertango”. Rozpoznawalna? Ejże. Wszystkie te „kompozycje” zostały sfabrykowane na jedno kopyto.
Pani Inna Forsiuk jest bardzo sympatyczną Ukrainką. W Rosji przebywała lat 14, na Ukrainie także 14, w Polsce 5. Na dzisiejszy koncert wybrała się w nadziei usłyszenia czegoś, co będzie pokarmem dla marzeń, przemyśleń. I nie zawiodła się. W jej pierwszej ojczyźnie nierzadko spotykał ją, melomankę, zawód. Pojawiają się tam często nowe talenty, ale talenty raczej przemijające, można by nawet zapytać, czy zasługujące na miano talentów. Wykonują muzykę głośną, agresywną, skutecznie wypłaszającą z głowy wszelkie myśli. Co innego
u nas, w Legionowie. W Salonie na Targowej można się było rozmarzyć, snuć refleksje. A co się tyczy wykonawców, dali z siebie wszystko. To prawdziwi artyści, a nie łowcy onorariów. Pani Inna jest przekonana, że gdyby w sali był tylko jeden słuchacz, graliby z takim samym zaangażowaniem. Po prostu z sercem.
No proszę, a mnie się to wszystko wydawało bezdusznym rzępoleniem. Wracałem do domu nucąc w upojeniu: „Tango milo–o–onga, tango mych ma–a–arzeń i snó–ó–ów!”
W pałacu jabłonowskim tanga, w Arenie Legionowo tanga, w Salonie na Targowej tanga – litości! Czyż organizatorzy życia muzycznego nie potrafią dostrzec w muzyce innych zjawisk?
Opinia nr 1
W programie dwa rodzaje tang: dawne, tzw. klasyczne i współczesne. Pierwszy rodzaj to coś, z czym osłuchany jest każdy bywalec dancingów; melodyjki tanie, naiwne, banalne, katarynkowe, łatwo wpadające w ucho, lecz niełatwo z mózgownicy wypadające. Drugi rodzaj to pozbawione jakiejkolwiek melodii pitolenie. Pierwsze to kicz, drugie – nudy na pudy. Jedno z drugim ma oczywiście sporo wspólnego. Łączy je akordeonowa czkawka w rytmie cztery czwarte. Sentymentalne pojękiwanie z dodatkiem rym–cym–cym–cym.Muzykę przeplatały słowne komentarze, brzmiące niby cytaty z rozprawy muzykologicznej. Pan Kopietz szafował szumnymi określeniami, jak geniusz, kompozycja, mistrz, inspiracja, wpływy. Chciałoby się przekłuć ten okropnie rozdęty balon. Usłyszeliśmy m. in. taką zapowiedź: „Będzie to jeden z najpiękniejszych tematów mistrza Piazzolli.” Nie, nie było to nic pięknego. Ot, ckliwe muzyczne ględzenie, przerost sentymentalizmu idący w parze z impotencją twórczą. Potem zapowiedziano „najbardziej rozpoznawalną kompozycję Piazzolli, Libertango”. Rozpoznawalna? Ejże. Wszystkie te „kompozycje” zostały sfabrykowane na jedno kopyto.
Opinia nr 2
„Jakie są pani wrażenia muzyczne?” – zapytałem po koncercie jedną ze słuchaczek.Pani Inna Forsiuk jest bardzo sympatyczną Ukrainką. W Rosji przebywała lat 14, na Ukrainie także 14, w Polsce 5. Na dzisiejszy koncert wybrała się w nadziei usłyszenia czegoś, co będzie pokarmem dla marzeń, przemyśleń. I nie zawiodła się. W jej pierwszej ojczyźnie nierzadko spotykał ją, melomankę, zawód. Pojawiają się tam często nowe talenty, ale talenty raczej przemijające, można by nawet zapytać, czy zasługujące na miano talentów. Wykonują muzykę głośną, agresywną, skutecznie wypłaszającą z głowy wszelkie myśli. Co innego
u nas, w Legionowie. W Salonie na Targowej można się było rozmarzyć, snuć refleksje. A co się tyczy wykonawców, dali z siebie wszystko. To prawdziwi artyści, a nie łowcy onorariów. Pani Inna jest przekonana, że gdyby w sali był tylko jeden słuchacz, graliby z takim samym zaangażowaniem. Po prostu z sercem.
No proszę, a mnie się to wszystko wydawało bezdusznym rzępoleniem. Wracałem do domu nucąc w upojeniu: „Tango milo–o–onga, tango mych ma–a–arzeń i snó–ó–ów!”
Antoni Kawczyński


