W legionowskiej filharmonii
Zaszczytu bycia filharmonią dostąpiła Arena Legionowo w dniu 23 I. W programie szlagiery z najbardziej ogranych oper i operetek plus tanga straszliwie popularnego Piazzoli.
Tak grał, jak mówił
Konferansjerka p. Malickiego to była seria kpinek, niekiedy nawet dowcipnych. Zła dykcja konferansjera uniemożliwiała jednak dosłyszenie wszystkiego. Tylko szmerek rozbawienia tej części publiczności, która znajdowała się w bardziej akustycznym miejscu, pozwalał się zorientować, że właśnie powiedziano coś zabawnego. Gorzej, iż w grze na fortepianie p. Malicki okazał się tak samo niekomunikatywny. To, co w pianistyce określa się terminem: artykulacja, było fatalne. Brakowało śpiewnej kantyleny, błyskotliwych, potoczystych i wyrównanych gam i pasaży, było natomiast mnóstwo łupania. Fortepian pełnił po prostu rolę instrumentu perkusyjnego. Walono w niego jak w bęben; biednemu, bezbronnemu rumakowi wbijano ostrogi wprost niemiłosiernie.Co się tyczy fragmentów operowych, nie mogło oczywiście zabraknąć Verdiego. Usłyszeliśmy m.in. arię La donna mobile, najbardziej katarynkową ze wszystkich Verdiowskich katarynek. Verdiego oczywiście zachowano na finał – jako coś bez wątpienia szczytowego. Była to aria z Traviaty, czyli bum-cyk-cyk; bum-cyk-cyk. W chwili gdy piszę te słowa, wciąż mi to natrętnie brzęczy w mojej słuchowej wyobraźni i wiem, że nie uwolnię się od tego, dopóki się nie prześpię.
Zakończenie arii z Księżniczki czardasza to miało być coś rzucającego słuchaczy na kolana. Trzy wznoszące się nuty, przy czym ta najwyższa miała wyrażać zarazem najwyższe upojenie. Krzykliwość śpiewaczki spowodowała jednak, że upojenie przekształciło się w przerażenie. Przerażenie histeryczki na widok pełznącej po podłodze myszy.
Śmiech i ruch – to zdrowie
Oto próbka humoru serwowanego przez konferansjera. O śpiewakach. Posługują się gardłem i strunami głosowymi, czyli czymś, co otrzymali w prezencie przy urodzeniu. Eksploatując ten dany im za darmo instrument czerpią zyski. To niesprawiedliwe. Na szczęście muszą płacić podatki.Motyw korzyści finansowej dziwnie często przewijał się w konferansjerce. Oto on, Waldemar Malicki, zazdrości akordeoniście Wiesławowi Prządce. Pianista jako grajek kawiarniany nie może oderwać się od instrumentu i dużo na tym traci. Co innego akordeonista. On może chodzić między stolikami i – nie przerywając gry prawą ręką – wyciągniętą lewą inkasować.
Zapowiedziawszy aryjkę Blondynki, brunetki, ja wszystkie was kobietki..., konferansjer dodał parę słów na temat kompozytora, Roberta Stolza. Austriak dyrygował tym przebojem mając lat 92. Fakt ten dał okazję do rozważań nad długowiecznością dyrygentów. Wymachiwanie batutą to znakomita gimnastyka, zapewniająca dobrą formę fizyczną. „Ile pan ma lat? – rzucono pytanie w stronę młodego Piotra Sułkowskiego. – Zdaje się, że 78?”
O tak, co prawda to prawda. P. Sułkowski nie należy do tych kapelmistrzów o oszczędnych gestach, którzy nawet ruchami palców przekazują orkiestrze swoje sugestie. Gdy się patrzy na dyrygenta toruńskiej orkiestry, na te wymachy ramion, skłony i skręty tułowia uaktywniające wszystkie mięśnie górnej połowy ciała, można śmiało wróżyć p. Sułkowskiemu dożycia wieku matuzalemowego.
„Państwo chcą już wychodzić?”
– zapytał konferansjer po ostatnim punkcie programu. On jakby miał żal, że ludzie podnoszą się z miejsc nie domagając się bisu. Postanowił jednak, wraz z orkiestrą, zagrać coś mimo wszystko, coś odpowiedniego dla słuchaczy maszerujących do szatni, a więc Marsz Radetzky’ego. Zapowiedź tego utworu ucieszyła mnie. Za chwilę usłyszę śliczny, pełen polotu Marsz Radetzky’ego, będący kwintesencją radości życia. Niestety, wszystko na nic. Nie można było tą uroczą melodią się sycić. Niedorzeczne oklaski publiczności, walącej w dłonie do taktu, zagłuszały wszystko.
Antoni Kawczyński
Zdjęcie: Konferansjerka p. Malickiego to była seria kpinek, niekiedy nawet dowcipnych. Zła dykcja konferansjera uniemożliwiała jednak dosłyszenie wszystkiego
Fot. Paweł Szeląg


