Antoni Kawczyński
Współpracownik, sprawozdawca muzyczny TiO
Allegretto scherzando
Na zamieszczenie w swoim czasie całego zebranego przeze mnie materiału nie starczyłoby miejsca. Okazja do publikacji drobnej cząstki rozmaitych epizodów nadarza się teraz, w związku z jubileuszem tygodnika
Przebrzmiały oklaski powitalne, pianistka usiadła. Wokół taboretu rozpostarł się malowniczo klosz czarnej sukni, lecz jej właścicielka jakby zwlekała z rozpoczęciem gry. Lewa ręka powoli wysunęła się w stronę położonej na pudle fortepianu chusteczki. W celu otarcia palców? Otóż nie. Sekret zdradził mi prowadzący koncert mistrz ceremonii prosząc, żebym o tym w recenzji nie pisał. Dowiaduję się, że w chusteczkę zawinięty był święty obrazek. Zerkanie na twarz Matki Boskiej i modlitewny szept, oto co poprzedziło grę.
...Było to w ratuszu, podczas wykonania Händlowskiego Mesjasza.
Zabrzmiały właśnie pierwsze takty Alleluja. Wstałem ze swojego fotela w drugim rzędzie i odwróciłem się ku siedzącej w dalszych rzędach publiczności. Nie mam w sobie nic z kaprala ani pogromcy cyrkowego, ale przecież nie będę stał sam jeden. Wobec czego uniosłem obie ręce ponad głowę, tak jakbym podrzucał piłkę. Poderwało to siedzących. Wstali – „jak jeden mąż”.
Na estradzie zjawił się pastor, kierownik artystyczny zespołu. Publiczność legionowska, z racji swojego wyrobienia, została uraczona pochwałą, a także historyjką o królu Anglii, dostojnym słuchaczu, który podczas londyńskiej premiery arcydzieła – właśnie w chwili rozpoczęcia ekstatycznej części oratorium – pierwszy wstał w swojej loży. A tym samym wprowadził do życia muzycznego ów piękny obyczaj.
...Bartek Bokszczanin wyprawiał się samochodem do oddalonej 10 km od Legionowa małej miejscowości, by ćwiczyć na organach tamtejszego kościółka. Niekiedy organizował w nim koncert. Organizacja wieczoru muzycznego, o którym chcę wspomnieć, była dziełem Bartka, lecz on sam nie wystąpił. Siedział wśród publiczności na dole, podczas gdy na chórze produkowała się para jego przyjaciół, organistka Elwira i oboista Tytus.
Podczas kolacji, na którą nas zaprosił proboszcz, omawialiśmy przebieg koncertu.
Ja: – Wyobrażam sobie, że poczuła się pani nieswojo, kiedy po zakończeniu sonaty Bacha poskąpiono oklasków. Oczywiście, gdyby ludkowie wiedzieli, że to już koniec utworu...
Elwira, spoglądając na Bartka: – Klakier zapomniał niestety o swoich obowiązkach.
Ja: – Ale potem był wieloczęściowy Mendelssohn i po każdej części, kiedy powinna być cisza, klaskano z wielkim zapałem.
Bartek: – No i wszystko w porządku, średnia arytmetyczna prawidłowa.
...Harfistka dała mi kwiat. Różę, wręczoną jej po koncercie, dziewczyna mnie z kolei wręczyła. Och, wyłącznie do potrzymania, żeby mieć wolne ręce. Ale i tak sprawiła mi dziwną przyjemność. Potem zaczęło się transportowanie instrumentu z zaplecza dla artystów na placyk przy zakrystii, a stamtąd do zaparkowanego na ulicy samochodu. Trasa z przeszkodami, zaś największą z nich – schodki. Z najwyższego stopnia spływa ku mnie, stojącemu u dołu, pouczenie: „Niech pan pcha w moją stronę.” Nie wypuszczając z lewej ręki róży, prawą przykładam do wielkiego pudła. Futerał na kółkach z delikatną harfą w środku płynnie, bez najmniejszych wstrząśnień zjeżdża po schodkach. Jak po gładkiej pochylni.
– Doskonale – pochwaliła mnie wirtuozka po skończonej operacji.


