wieloletni pracownik TiO
Właściwie nie wiem, dlaczego akurat to zdarzenie tak bardzo zapadło mi w pamięć. Mniej więcej 20 lat temu, któregoś dnia przed południem pojawił się w redakcji około 50-letni, schludnie odziany pan. Na dzień dobry powiedział: – „Śledzą mnie, proszę mi pomóc!”.
Początkowo sądziłem, że to jakiś dowcipniś, ale gdy uważnie mu się przyjrzałem, uderzył mnie wyraz jego oczu; czaił się w nich tak bezbrzeżny strach, że pojąłem, iż to nie żarty.
Poprosiłem, by usiadł i opowiedział w czym rzecz.
Przedstawił się (nazwijmy go panem N.) i wyjaśnił, że od dłuższego czasu chodzą za nim nieznani ludzie. Co prawda, nie widział ich, bo dobrze się maskują, ale jest tego pewien. Na dodatek zamontowali mu w domu urządzenia podsłuchowe i prawdopodobnie bezustannie namierzają go z satelity.
Na pytanie, kto może stać za tym postępowaniem, odparł, że nie jest pewien, choć podejrzewa spisek służb specjalnych z różnych krajów. A ponieważ nie może już znieść ciągłej inwigilacji, zastanawia się, czy jest na świecie takie miejsce, gdzie może się ukryć. Dodał, że był w kilku urzędach i na policji, prosząc o pomoc w kontakcie z Trybunałem Europejskim, który – jego zdaniem – mógłby mu pomóc; niestety, wszyscy zlekceważyli zgłoszenie. W końcu postanowił przyjść do redakcji „To i Owo”.
Odniosłem wrażenie, że jeśli zlekceważę prośbę naszego gościa, to – biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajduje – może się to dla niego źle skończyć. Podchwyciłem więc trop Trybunału Europejskiego i powiedziałem panu N., że natychmiast zadzwonię tam i postaram się załatwić jego sprawę. Zgodził się z widoczną ulgą.
W jego obecności zatelefonowałem pod rzekomy numer Trybunału i sfingowałem rozmowę w języku angielskim z wyimaginowanym przedstawicielem tej instytucji. Dodatkowo zasugerowałem wysłanie oficjalnego pisma do Trybunału, co również podchwycił z radością. Zasiedliśmy więc do pracy, wspólnie ułożyliśmy stosowny list, nakleiliśmy na kopertę znaczek, a następnie wrzuciliśmy pismo do skrzynki przy poczcie na Jagiellońskiej.
Potem odprowadziłem pana N. do domu.
Później nasz gość pojawił się w redakcji jeszcze kilka razy. Mówił, że skarga do Trybunału pomogła, bo już tak bardzo go nie śledzą.
