Małgorzata Łopińska
Pierwsza redaktor naczelna TiO
Kiedy zadzwonił Paweł i zagaił jak to on: słuchaj, w maju kroi się okrągła roczniczka, to już 25 lat będzie, co ty na to? – zaniemówiłam. Jakie 25 lat? Kiedy to minęło? Niemożliwe… No ale potem popatrzyłam w lustro. I cóż – tej ilości siwych włosów na głowie nie da się ot tak nie zauważyć, niestety. Więc chyba coś w tym jest – ten niewyobrażalny szmat czasu naprawdę mógł upłynąć od kiedy Paweł rzucił hasło i my – kilkuosobowa grupka kompletnych wariatów – zaczęliśmy robić naszą pierwszą naziemną, już nie podziemną lokalną gazetę.
1990 rok, maj, pierwsze wolne wybory, a my – maszyna do pisania, papier, nożyczki, letrasety do robienia tytułów, jakieś małe graficzki rysowane odręcznie przez Małgosię – wielka historia w tle – a my w mieszkaniu senator Ligii Grabowskiej-Urniaż pochylaliśmy się nad małymi-wielkimi, codziennymi historiami mieszkańców Legionowa. Tak było…
Mogę mówić właściwie tylko o początkach tej gazety, bo je współtworzyłam. Potem stałam się już tylko czytelnikiem. Nie czytałam „To i Owo” regularnie, ale co jakiś czas dostawałam od Pawła plik wydanych numerów i zawsze zaskakiwało mnie, jak ta gazeta się zmienia, rozrasta, pięknieje, staje się coraz bardziej profesjonalnie robiona i wydawana. To zawsze rzucało się w oczy. Widać też było jak z roku na rok zespół dziennikarzy osadza się w tematyce, którą podejmuje – można powiedzieć, że Legionowo i okolice przestały mieć dla nich jakiekolwiek tajemnice. To też czułam – że ludzie wiedzą, o czym i dla kogo piszą.
A jak wiem, łatwo nie było, bo z czasem pojawiła się konkurencja – inne tytuły prasowe, również lokalne, również legionowskie, które walczyły o czytelnika. Tymczasem tygodnik nie tylko przetrwał, ale także mutował – obejmując swoim zasięgiem sąsiednie gminy i lokalne społeczności.
Naprawdę nie jest łatwo robić gazetę lokalną, a już robić ją w takim miejscu jak Legionowo moim zdaniem jest szczególnie trudno. Nie dość, że rynek wprost zalany jest wszelkiego rodzaju prasą – do wyboru, do koloru – ale jeszcze obok jest Warszawa, wielkie miasto, które wręcz „wysysa” ludzi i do której jest na tyle blisko, że wiele osób tam znajduje pracę i szuka rozrywki.
Ile razy o tym myślę, z tym większym szacunkiem i uznaniem patrzę na Pawła Kozerę i jego ekipę. O Pawle zawsze wiedziałam, że jest bardzo utalentowanym i rzutkim wydawcą. Czasem nawet zastanawiałam się – z takim talentem – dlaczego nie weźmie się za coś większego? Może dziś byłby jakimś wydawniczym potentatem? Tylko właściwie, jakim prawem ja miałabym wyznaczać komuś co ma w życiu robić?
A dziś, po latach pracy w mediach myślę sobie – kto wie, czy to co z uporem robi Paweł, pozostając na bardzo trudnym, lokalnym rynku, nie jest właśnie wielkością najwyższej próby? Każdy niech podąża własną ścieżką.
Tak jak napisałam na początku – trudno mi uwierzyć, że to już 25 lat minęło, od kiedy zaczęliśmy robić „To i Owo”. Ale po zastanowieniu muszę dopisać, że jeszcze trudniej mi uwierzyć, że tygodnik te wszystkie lata przetrwał, rozwinął się i nadal JEST! To już prawdziwy wyczyn.
Więc chapeau bas Panie i Panowie! Moje szczere gratulacje! I oby tak dalej przez następne 25 lat...
Małgorzata Łopińska


