Zweryfikowany, przegłosowany…
Rozmowa z JERZYM BUZE, redaktorem „To i Owo” od pierwszego numeru tygodnika
Marcin Chomiuk: Jesteś najstarszym i jedynym obecnie redaktorem TiO, który pracuje w nim od samego początku. Ćwierć wieku to szmat czasu, masa wspomnień…
Jerzy Buze: Ładnie się zaczyna. Ustawiasz mnie od samego początku rozmowy „w narożniku”: że niby dinozaur, a 25 lat dla wielu to już prehistoria. Wspomnień oczywiście bez liku i niektóre wydarzenia już się zacierają, inne obrastają legendą. Dlatego godzę się na rozmowę pod jednym warunkiem: to będą moje subiektywne refleksje. Nie roszczę sobie pretensji do głoszenia jednej prawdy i tylko prawdy. To rola historyków.
Dobrze. Spróbujmy to i tamto przypomnieć: jaka była geneza powstania tygodnika, którego pierwszy numer ukazał się na początku tzw. okresu transformacji ustrojowej?
To pytanie w zasadzie do Pawła Kozery, wydawcy, człowieka o rodowodzie solidarnościowym. Znaliśmy się troszeczkę, mieszkaliśmy wtedy niemal po sąsiedzku. Ja wiedziałem o jego działalności, on być może pamiętał, że byłem redaktorem kwartalnika „Naszego Legionowo” wydawanego przez Towarzystwo Przyjaciół Legionowa i jednocześnie pracowałem w centralnym dzienniku „Sztandar Młodych”. Zdradził mi swój pomysł na powstanie lokalnego tygodnika i zaproponował doszlusowanie do powstającej redakcji z Małgosią Łopieńską na czele. Tytuł już mieli. Rymujący, wpadający w ucho, wymyślony podobno przez marynarza – „To i Owo Legionowo”. Szybko się z Pawłem dogadaliśmy, bo lokalny tygodnik miał spełniać rolę informacyjną i integrującą nasza „Małą Ojczyznę”.
Trafiłeś do „TiO” bez… weryfikacji?
Fakt, w NSZZ ”Solidarność” nie działałem, co najwyżej byłem sympatykiem tego ruchu, a „Sztandar Młodych” był postrzegany jako relikt odchodzącej epoki i mało kto już dziś pamięta, że tylko w „SM”, jedynym piśmie centralnym, wydrukowano natychmiast 21 postulatów Stoczni Gdańskiej. Weryfikacja? Taką przeszedłem, kiedy zaproponowano mi start w wyborach samorządowym z listy „Małej Ojczyzny”. Odbyłem jedną lub dwie sympatyczne rozmowy z weryfikującymi, którymi byli Piotr Radzikowski i Piotr Nowotny. Ten drugi przez lata współpracował z „TiO”. Potem, gdy pracowałem już tylko w legionowskim tygodniku, postanowił mnie prywatnie „zweryfikować” jeden z redakcyjnych kolegów. Solą w oku była dla niego moja 16-letnia praca w „SM” i chciał znaleźć na mnie „haka”. Syzyfowa to była praca, bo od zawsze, z zasady, byłem bezpartyjny. „Szperacz”, jak mnie potem poinformował P. Kozera, przytargał jednak do redakcji w jego mniemaniu obciążający mnie dowód. Był nim artykuł, w którym pisałem, że Stany Zjednoczone (a więc nasz nowy, globalny sojusznik) traktują Amerykę Łacińską jako swój lokalny folwark. Paweł poradził detektywowi, aby nie marnował czasu i zajął się pracą redakcyjną. Masz więc rację – przeszedłem weryfikację i to podwójną.
Pierwsze numery „To i Owo” nie wyglądały zbyt okazale...
To prawda przypomniały gazetki szkolne, taką solidarnościową „bibułę” lub jak kto woli – samizdaty. Praca też niemal chałupnicza: z maszynami, do pisania w jakieś „kanciapie” przy ul. Hubala. Z czasem nabraliśmy jednak wiatru w żagle. Zwiększał się format tygodnika, rosła jego objętość, pozyskiwaliśmy Czytelnika. Nasz nakład wzrósł do około 6 tysięcy, a pierwszy jubileusz (5-lecie istnienia) to już impreza na cztery fajerki, z nagrodą małego fiata 126 dla Czytelnika. To były piękne dni…
Mówi się, że za prezydentury Andrzeja Kicmana „To i Owo’ przeżywało złoty okres istnienia, potem nastały czasy Romana Smogorzewskiego i skończył się okres prosperity dla tygodnika…
To pewne uogólnienie i uproszczenie, choć być może coś w nim jest. Zaczynaliśmy na fali entuzjazmu do nowej demokratyzującej życie idei. Z czasem wszystko zaczęło „normalnieć”, a okres transformacji, zwłaszcza przekształceń własnościowych, coraz częściej pokazywał swą drugą, gorszą stronę medalu. Do władzy zaczęło dochodzić też nowe, młodsze pokolenie działaczy. Podobno przedsiębiorczych, z nową wizją sterowania naszą „Małą Ojczyzną”. Im już nie po drodze było z lokalną prasą, która podobno węszyła we wszystkim drugie dno. Zamiast hasła „prawdziwa cnota krytyki się nie boi” zaczęła obowiązywać inne, dające się sprowadzić do znanego – „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Powstawały nowe tytuły prasowe, pojawiła się lokalna telewizja. Nowa władza potrafiła zadbać o swój wizerunek, nieskazitelny image. „To i Owo” zaczęło przegrywać przetargi na ogłoszenia samorządowe, wtedy pojawiło się u rządzących przekonanie, że dni naszego tygodnika są policzone.
Spróbuj porównać stosunek prezydentów Kicmana i Smogorzewskiego do „To i Owo”.
To trudne, tym bardziej, że tego pierwszego znałem lepiej. Ja do Kicmana miałem – przyznaję – słabość, bo był autentycznym, nie takim okazjonalnym od święta, przy okazji wyborów, sympatykiem sportu. Często razem uczestniczyliśmy w wyjazdowych meczach piłkarzy Legionovii, do dziś mam przed oczyma piękną bramkę, jak prezydent strzelił w meczach samorządowców bodaj strażakom. Sam trener Kazimierz Górski nie mógł wtedy wyjść z podziwu. Czy A. Kicman ingerował w to co się ukazywało w tygodniku? Nie, raczej nie. Potrafił natomiast w dość impulsywny sposób reagować na taki czy inny nasz materiał. Wiem o tym dobrze ja, także nasz wieloletni naczelny Robert Nowiński. Następca Kicmana – Roman Smogorzewski, z tej samej opcji politycznej, tyle, że znacznie młodszy (funkcjonowało nawet takie złośliwe powiedzenie, że Kicman, ku własnej zgubie wychował go na swojej piersi), też bywał początkowo w redakcji. Zamieszczał m.in. ogłoszenia o swoje działalności gospodarczej. Potem, gdy chyba w roku 2002, wygrał po raz pierwszy wybory prezydenckie stosunki z redakcją uległy ochłodzeniu, na rynku prasowym były już inne tytuły. Mój kontakt z prezydentem Smogorzewskim był raczej sporadyczny, chłodny, ale jak sądzę z obu stron uprzejmy: „Cześć, cześć, co słychać” i takie tam zwyczajowe grzeczności.
Nie lubisz Smogorzewskiego?
Nie, dlaczego tak sądzisz? Dziennikarz nie powinien mieć w swoim słowniku sformułowania nie lubię. Raczej powinien oddzielać ziarno od plew i dbać o to, aby plewy poszły do druku. Pamiętam nawet jak pan Roman pochwalił raz naszą redakcję za notkę, w której stało jak byk, że to z czym nie mogła uporać się „stara” władza, z tym jego nowa ekipa dała sobie radę w dwa miesiące. Chodziło o uporządkowanie (wyrównanie, wyasfaltowanie) wjazdu na miejski stadion. Prezydent Smogorzewski miał też poczucie humoru. Kiedyś na pytanie, czy czytuje „TiO” odpowiedział mniej więcej tak: „Czytuję i to uważnie. Wasz tygodnik sprawia, że zanim podejmę decyzję w jakieś sprawie, przyglądam się problemowi z kilku stron. Staram się, abyście nie mieli o czym pisać. Ale Wy i tak musicie wyrobić wierszówkę”.
Największa porażka „TiO” w 25-leciu?
Myślę, że to nie tylko porażka naszego tygodnika, ale całego miasta, jego władz... Chodzi mi o przegraną batalię o miejski szpital na Bukowcu. Była już lokalizacja, zbierano społeczne fundusze, szukano źródeł dofinansowania, choć nie było jeszcze wtedy możliwości korzystania z funduszy europejskich i… totalna klapa. Słuszna oddolna, lokalna inicjatywa i entuzjazm wielu ludzi przegrał z partykularnymi interesami ludzi ze stolicy, którzy uznali, że lepiej ten teren sprzedać na działki pod budownictwo jednorodzinne. To był dla mnie najlepszy, niestety bolesny, przyczynek do możliwości lokalnej samorządności.
A co Cię w tym minionym 25-leciu najbardziej ucieszyło?
Odpowiedź człowieka, który podobno zamiast głowy ma piłkę, wydaje się być jedna – rozwój, niesamowity awans, skok legionowskiego sportu. I to jeśli chodzi zarówno o rozwój bazy sportowo–rekreacyjnej w mieście i powiecie, jak i sportowe wyniki, dzięki którym nasze średniej wielkości miasto na Mazowszu jest… rozpoznawalne. Kiedy przed 38 laty zamieszkałem w Legionowie sportowo miasto przypominało monokulturę piłkarską, choć Jacek Jutrzenka, Sławomir Supa rozpoczynali pracę u podstaw z młodziutkimi siatkarkami, Andrzej Gronek rozkręcał Impet Łajski, a Wojciech Augustynowicz doprowadzał swoich judoków do kadry narodowej. Dziś siatkarki są na krajowych salonach, podobnie jak piłkarze ręczni. „Delfinek” Rafała Perla – Dawid Szulich dopłynął na olimpiadę w Londynie, podopieczna Tomasza Szczepaniuka – Joanna „Paprotka” Paprocka (zresztą nie tylko ona) kosi medale na ME i MŚ. Są na terenie naszego powiatu coraz lepsi kolarze, chociaż jeżdżą w innych barwach, są dobrzy brydżyści, nie rezygnują szachiści i koszykarze, znowu pojawili się utalentowani judocy, przybywa amatorów biegania. Długo by wymieniać: do wyboru i koloru. Oferta dla młodzieży do uprawiania sportu jest naprawdę szeroka. Teraz chodzi tylko o to, aby te wszystkie „orliki”, boiska, ścieżki rowerowe żyły nie tylko w święta, a prace sportowych animatorów, nauczycieli wf, instruktorów należycie doceniano i wyceniano.
Widzę, że hasło „Legionowo porusza” bardzo przypadło Ci do gustu?
Ma chyba mieć trochę szersze, nie tylko sportowe odniesienie. Sportowo miasto rzeczywiście porusza, ale nie byłbym sobą, gdybym nie przytoczył w tym miejscu pewnej złośliwości. W ubiegłym roku Legionowo „poruszyło” mnie prawie do łez, śmiechu oczywiście. Władze miasta chciały się wykazać i prawie jednogłośnie porwały się z motyką na słonce. Na bazie sukcesów łyżwiarzy na IO w Soczi „wystrzeliły” z budową krytego toru łyżwiarskiego w Legionowie. Miasto chciało wyłożyć połowę środków (druga połowa z budżetu centralnego). Jakiś „doradca” chyba z sufitu obliczył, że taką inwestycję da się zrobić za 50 mln złotych, kiedy tyle w przybliżeniu na takim gotowym obiekcie kosztuje tylko sam dach. Legionowo tę licytację o tor z oczywistych względów przegrało. Było potem sporo śmiechu i złośliwości, ale do dziś jeden z wiceprezydentów jeszcze twierdzi, że samo Zakopane, Sanok, Tomaszów i stolica zazdroszczą nam tej inicjatywy.
Podoba Ci się Legionowo?
Pytasz w kontekście materiału sprzed dwóch miesięcy, który ukazał się w „Gazecie Prawnej”, a w którym to artykule zbitka słów brzydkie Legionowo pojawiła się kilkakrotnie? Oczywiście ten refren – brzydkie Legionowo – pojawiał się, w moim odczuciu zbyt często, choć podobno z gustami, upodobaniami, zgodnie z łacińską sentencją (de gustibus non est disputandum) nie powinno się polemizować czy z nimi sprzeczać. Aż tak brzydkie to Legionowo z pewnością nie jest, chociaż z pewnymi spostrzeżeniami autorki trzeba się chyba zgodzić. Pisaliśmy o tym m.in. także na naszych łamach. Przykładowo: że miasto podzielone jest torami i drogą DK–51 na cztery części, że jest jedną z najbardziej dogęszczoną aglomeracją w kraju (a kolejne dogęszczenia „wiszą”), że smog bywa czasami uciążliwy, a główną arterię miejską, ul. Piłsudskiego, mimo całej życzliwości, trudno uznać za reprezentacyjną dla miasta, podobnie jak całe centrum oblepione samochodami, reklamami. Mogę się oczywiście w swej ocenie mylić, bo… rozmawialiśmy o tym ostatnio z żoną i dwójką przyjaciół domu na ten temat przy lampce wina. Po dyskusji zostałem demokratycznie przegłosowany. Stosunkiem 3:1 uznaliśmy, że Legionowo może się podobać.
Ostatnie pytanie: jak przyszłość czeka „To i Owo”?
Pytią nie jestem, na dodatek konkurencja nie śpi. Poza tym, w dobie cywilizacji obrazkowej coraz mniej ludzi sięga po słowo pisane. Mało kto czyta, więcej ludzi pisze. Głównie na forach społecznościowych, w Internecie. Czasy dla prasy, nawet tej lokalnej, są więc ciężkie i aby utrzymać się na powierzchni musimy zadbać o lepszą, szybszą informację w internetowym wydaniu naszego tygodnika.
Rozmawiał: Marcin Chomiuk


